Powrót do Ojczyzny
KOŃCZĘ MISJĘ MOJEGO TATY
Z Jakubem Ptażyńskim, synem Macieja Płażyńskiego, pełnomocnikiem Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej "Powrót do Ojczyzny", rozmawia Marek Krukowski
Dlaczego został Pan pełnomocnikiem Komitetu?
Po prostu kontynuuję dzieto rozpoczęte przez mojego Tatę, który jako prezes Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" przygotował wraz ze Związkiem Repatriantów projekt ustawy mającej umożliwić powrót do kraju Polakom z Kazachstanu. Niestety, Tacie nie było dane złożyć tego projektu w Sejmie. Miał to uczynić 12 kwietnia, ale poleciał do Smoleńska...
Ponadto, jako członek naszej wspólnoty narodowej, czuję się moralnie zobowiązany wobec ludzi, którzy chcieliby powrócić do Polski, a zostali pozostawieni samym sobie.
Rozumiem, że podobnym imperatywem kierował się Pana Tata?
Oczywiście. Tata był w Kazachstanie, widział, jak wygląda los ludzi latami oczekujących na powrót do Polski i doszedł do wniosku, że trzeba im pomóc. Państwo polskie zobowiązało się do przyjęcia 2,5 tys. osób, które, otrzymawszy promesy wiz repatriacyjnych, nie mogą doczekać się samych wiz z powodu nieefektywnych przepisów-. Oczekiwanie to trwa po 5-7 lat. A musimy się spieszyć, bowiem z roku na rok osób, które pragną powrotu do Polski, zostaje cpraz mniej. Starsze pokolenie odchodzi.
Projekt, o którym Pan mówi, jest projektem obywatelskim, zatem aby trafił do Sejmu, musi go poprzeć 100 tys. osób. Na jakim etapie jest zbieranie podpisów?
- Ustawowy termin jego zakończenia mija 15 września, więc czasu pozostało niewiele. Zachęcam zatem wszystkich do drukowania kart do zbierania podpisów, które można znaleźć na naszej stronie internetowej www.repatriacja.org.pl, a następnie do zbierania podpisów wśród członków rodziny i znajomych oraz przekazania nam tych kart. Nasz Komitet zebrał już kilkadziesiąt tysięcy podpisów. Zbierają je również inne organizacje, w tym Solidarność.
Przypomnijmy, skąd Polacy wzięli się w Kazachstanie.
Po zawarciu traktatu ryskiego w roku 1921 poza wschodnimi granicami państwa polskiego znalazło się około 2 mln Polaków. Utworzono dla nich dwa eksperymentalne okręgi narodowościowe, ale nie chcieli poddać się bolszewizacji. W latach 30. wielu z nich było represjonowanych, szczególnie w okresie wielkiego terroru. Z badań historyków wynika, że w tamtym czasie strzałem w tył głowy "zlikwidowano" około 111 tys. Polaków. Tysiące innych zostało wywiezionych w głąb ZSRR, głównie do Kazachstanu, skąd do końca istnienia Związku Sowieckiego latami nie mogli powrócić do Polski.
Dlaczego nie objęły ich powojenne akcje repatriacyjne?
Ich dramat polegał na tym, że będąc Polakami nigdy nie byli obywatelami państwa polskiego. Przed I wojną światową byli obywatelami rosyjskimi, a po zawarciu pokoju z bolszewikami ziemie przez nich zamieszkiwane znalazły się w granicach ZSRR, więc stali się obywatelami sowieckimi. Dlatego nie mogli po wojnie wrócić do Polski jako repatrianci. Skutki nasi rodacy w Kazachstanie odczuwają do tej pory, bo polskie prawo traktuje ich jak cudzoziemców i muszą przejść całą procedurę ubiegania się o wizy, aby móc przyjechać do Polski.
Ilu jest obecnie Polaków w Kazachstanie i jak wielu z nich chce wrócić do Polski?
Liczbę Polaków w Kazachstanie ocenia się na około 50 tys. Są to osoby, które przyznają się do polskiego pochodzenia w dokumentach urzędowych. Ilu z nich będzie .chciało wrócić, będzie zależeć od tego, jakie zapisy znajdą się ostatecznie w nowej ustawie. Im lepsze Polska zaoferuje warunki, tym więcej będzie ich chciało przyjechać. Szacujemy, że liczba chętnych wyniesie od kilku do kilkunastu tysięcy.
A ile osób już wróciło?
Z oficjalnej drogi, czyli z przepisów ustawy z roku 2000, skorzystało jak dotąd, pobierając przysługujące na jej mocy świadczenia, około 200 osób. Pozostali repatrianci z Kazachstanu powrócili na własną rękę. Ich liczbę ocenia się na kilka tysięcy.
Powiedział Pan, że na przyjazd do Polski oczekuje - i to latami - 2,5 tys. osób. Z tego wynika, że gminy niezbyt garną się do ich zapraszania.
Problem w swoim wymiarze praktycznym polega przede wszystkim na tym, że od trzech lat powroty de facto ustały, ponieważ gminy w zasadzie przestały wysyłać zaproszenia. W roku 2008 wysłały ich zaledwie 18, a w 2009 - dziewięć.
W jakim położeniu znajdują się Polacy w Kazachstanie?
Niestety, w Kazachstanie osoby deklarujące polskość i starające się ją zachować są w dużo gorszej sytuacji, niż Kazachowie. Można powiedzieć, że są szykanowane ze względu na swoje pochodzenie.
Są obywatelami drugiej kategorii?
Nie jest to pojęcie prawnicze, więc nie lubię się nim posługiwać, ale można uznać, że tak.
Czy nasze państwo interesuje się ich losem?
Gdyby się interesowało, to zorganizowałoby ich powrót. Tak zrobili Niemcy, którzy sprowadzili stamtąd do siebie większość swoich rodaków - Niemców nadwołżańskich, potomków osadników sprowadzonych do Rosji jeszcze za Piotra I. Nie jest moim zadaniem ocena polskiej dyplomacji, ale wydaje mięsie, że dwie placówki - w Astanie i Ałmaty - to za mało, biorąc pod uwagę wielkość tego kraju.
Czy Kazachstan utrudnia Polakom wyjazd?
Z tego co wiem, władze kazachskie nie stawiają żadnych barier. Prawne ograniczenia są wyłącznie po naszej stronie: wyjeżdżający musi wskazać miejsce zamieszkania oraz źródło utrzymania. Jeśli ktoś nie ma pieniędzy, to nie ma szans na pokonanie tej bariery. Ciekawe jest to, że w Kazachstanie aktywna jest Rosja, która tworzy tam punkty werbunkowe. Rosjanie, mający - podobnie jak Polska - poważne problemy demograficzne, starają się sprowadzić do siebie ludzi, którzy nie mieliby większych problemów z zaaklimatyzowaniem się w Rosji. Stąd wykazują zainteresowanie tamtejszymi Polakami.
Ilu Polaków wyjechało w ten sposób do Rosji?
Ich liczba może dochodzić nawet do 20 tys.
Jakie są pozostałe - poza mieszkaniem i pracą - bariery uniemożliwiające powrót do Polski?
Liczą się te dwie kwestie. One są główną przeszkodą. To one powodują, że repatriacja nie przebiega tak, jak powinna. Projekt, pod którym Pan zbiera podpisy, ma tę sytuację zmienić. Jakie są jego główne założenia?
Chcemy przenieść ciężar odpowiedzialności z samorządów na państwo polskie, aby to na administracji rządowej spoczywał obowiązek zapewnienia mieszkań repatriantom. Mieszkaliby w nich dwa lata. Później ustępowaliby miejsca kolejnym osobom wracającym do kraju. Byłby to więc system rotacyjny. Drugim zasadniczym elementem byłaby wypłata comiesięcznego świadczenia w wysokości 1175 zł, czyli maksymalnej kwoty przysługującej cudzoziemcom na mocy ustawy o pomocy społecznej. To zapewniałoby im środki do życia, jednocześnie rozwiązując tak dokuczliwy dzisiaj problem konieczności wskazania źródła utrzymania.
Oczywiście, myślimy także o organizowaniu kursów języka polskiego oraz kursów aktywizacji zawodowej. Mówię tu tylko o najważniejszych założeniach projektu. Kwestie szczegółowe, jak choćby to, jaka instytucja zajmie się organizacją tych kursów, będą rozstrzygane podczas procesu legislacyjnego, do którego, mam nadzieję, dojdzie. Teraz najważniejsze jest zebranie 100 tys. podpisów. Bez nich nasza inicjatywa upadnie.
Jak długo powracający otrzymywaliby pieniądze?
Przez trzy lata.
Jak szacuje Pan koszty tego przedsięwzięcia?
Trudno na razie mówić o rzeczywistych kosztach. Będą one przecież zależały od liczby osób, które zdecydują się przyjechać. Niemniej trzeba się liczyć z kwotami rzędu 100-200 min złotych rocznie. Nie są to jednak sumy, na które Polski nie będzie stać.
Stosunkowo często podnosi się kwestię trudności adaptacyjnych, na które napotykają powracający z Kazachstanu Polacy, zwłaszcza stosunku do nich mieszkańców miejscowości, do których trafiają.
Obraz ten nie jest lak czarny, jak to się często przedstawia. Można bowiem podać bardzo dużo pozytywnych przykładów, choć trafiają się i złe. Nasza akcja ma również na celu pokazanie, że to nie są osoby nam obce, tylko nasi rodacy.
Wierzy Pan, że pieniądze się znajdą? Przebieg akcji repatriacyjnej wskazuje na brak woli politycznej w tej sprawie.
Skoro przez 20 lat nie udało się problemu Polaków z Kazachstanu rozwiązać, należałoby powiedzieć, że takiej woli nie było. Jeżeli 2,5 tys. osób, którym państwo przyrzekło powrót do Polski, czeka latami na wizę, to trzeba powiedzieć, że państwo nie spełnia swej obietnicy, nie wypełnia swojej roli. Dlatego naszym celem jest doprowadzenie do tego, aby ta wola się pojawiła.
Jakub Płażyński (1984), absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego i LLM Uniwersytetu Amsterdamskiego. Aplikant adwokacki przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Mieszka w stolicy.
Tekst pochodzi z Tygodnika

5 września 2010
Trudny powrót do Ojczyzny
Magda Wieczorek, czw., 01/27/2011 - 22:40
Gdy tylko stało się to możliwe, polska dyplomacja nawiązała aktywne kontakty z Polakami przesiedlonymi na wschodnie rubieże Związku Radzieckiego. Rozpoczęto edukację polskich dzieci, zorganizowano akcję humanitarną dla najuboższych .Wzajemne kontakty stały się coraz częstsze i rozbudzały nadzieję na szybki powrót naszych rodaków do Ojczyzny. Nadzieje i obietnice nie zawsze miały odniesienie w aktywnym działaniu na rzecz repatriacji w kraju. Były to często tylko puste słowa. Przez lata żadna z rządzących ekip nie rozwiązała dostatecznie tego problemu. Nie można jednak powiedzieć, że nic nie zrobiono. Do Polski wróciło kilka tysięcy osób ze Wschodu, w tym 1,5 tys. w ramach repatriacji.
Problemem repatriacji obciążono samorządy, które nie zawsze chciały i mogły wywiązać się z nałożonych nań zobowiązań. Ale takie rozwiązanie było korzystne w procesie przyspieszenia adaptacji czy akulturacji powracających. Sytuacja dojrzała do tego, aby uregulować ją ustawą. Na uporządkowanie procedur związanych z powrotami miała wpłynąć przyjęta przez Sejm ustawa z 1 stycznia 2001 roku.
Do 2000 roku przyjechało do Polski kilka tysięcy przesiedlonych i to w dużej mierze na koszt własny, szczególnie w pierwszym okresie tych spontanicznych powrotów. Od 2001 roku liczba repatriantów się zmniejszyła, gdyż pozwalano na powrót Polakom tylko z azjatyckiej części byłego Związku Radzieckiego. Dla usprawnienia powrotów i późniejszej adaptacji powstał system "RODAK", którego głównym celem była koordynacja powracających z gminami, na terenie których mieli się osiedlić powracający do kraju Polacy. Akcja repatriacyjna miała wiele wad a liczne usprawnienia były tylko kosmetyczne i były często tylko na papierze.Trudno też było się dopatrzyć w Polsce przychylnej atmosfery dla repatriacji, zwłaszcza Polaków z Kazachstanu. Zdecydowanie był to okres hamowania tego zjawiska, gdyż naszym elitom politycznym zabrakło woli do podejmowania konkretnych ostatecznych decyzji umożliwiających powrót do kraju deportowanych. , szczególnie tych najuboższych.
Obecnie na powrót do Ojczyzny czeka kilka tysięcy osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez sowieckie władze. Marszałek Maciej Płażyński 12 kwietnia miał złożyć w kancelarii sejmowej projekt obywatelskiej ustawy repatriacyjnej. Zginął 10 kwietnia, ale nie zginęła Jego idea. Kontynuuje ją Jakub Płażyński i najbliżsi współpracownicy Marszałka, którzy wskazują na nieskuteczność obowiązującej dotychczas ustawy.
Celem nowego projektu jest obciążenie problemem repatriacji MSWi A. To do państwa ma należeć obowiązek zabezpieczenia powracającym mieszkania, zorganizowanie szkoleń zawodowych, zapewnienie miejsc pracy. Projekt zakłada też wypłacanie przez państwo świadczeń w wys. 1157 zł. miesięcznie. Reasumując to państwo ma odpowiadać za powrót rodaków do kraju. " To dobrze, bo to państwo polskie jest odpowiedzialne za wspólnotę narodową".
Przekazanym projektem ustawy mają zająć się posłowie w specjalnie powołanej do tego celu podkomisji.. Jednak sprawa się komplikuje. Część posłów uważa, że obecny budżet państwa nie udźwignie takiego wydatku. Min. Stachańczyk twierdzi , że to jednak samorządy powinny przyjmować repatriantów i odpowiadać za nich do czasu pełnej integracji z resztą społeczności. Problem leży w tym , że obecny system nie tylko, że jest zły, ale praktycznie nie działa. Tymczasem zgodnie z danymi z ewidencji "RODAK" na powrót do Polski czeka ponad 1600 polskich rodzin, niektórzy już od 10 lat. Senatorowie PO przygotowali nowelizację ustawy repatriacyjnej, która nie rozwiąże problemu a może przeszkodzić w pracach legislacyjnych nad projektem obywatelskim.
"Wydaje mi się, i to jest nasze zobowiązanie moralne wobec tych ludzi, że rząd powinien wyasygnować niezbędne kwoty i pomóc w organizacji całego przedsięwzięcia, by chociaż tę kwestię zamknąć w najbliższych latach"- Artur Górski członek podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia obywatelskiego projektu o repatriacji. Czy będzie to kolejna połowicznie rozwiązana sprawa? Czy Polacy na "obcej ziemi" mają żyć w przekonaniu , że ich własna Ojczyzna ich nie chce?
Historia zesłań na Sybir
Bardzo trudno jest dzisiaj określić dokładnie ilu Polaków, a ściślej obywateli polskich było deportowanych do Związku Radzieckiego w czasie II Wojny Światowej. Deportacje odbywały się w kilku etapach w latach 1939 - 1941 oraz w latach od 1944 - 1950. Dane dokumentalne są wciąż niepełne i szacunkowe ponieważ brak jest dostępu do archiwów NKWD. Publikowane w różnych opracowaniach dane różnią się czasem dość znacznie. Według źródeł radzieckich w latach 1940-1941 deportowano 1 milion 200 tysięcy ludzi, zaś według źródeł polskich ( m.in. wg Cata Mackiewicza) - 2 miliony.
Deportacja w czasie pierwszej sowieckiej okupacji, od dnia 17 września do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej przeprowadzana była w czterech głównych etapach. Wielkie deportacje całych rodzin, a głównie kobiet i dzieci poprzedzone były licznymi aresztowaniami mężczyzn - ojców rodzin. Aresztowania rozpoczęły się nieomal nazajutrz po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie. W najogólniejszym zarysie podział na grupy według rodzaju represji z szacunkową oceną liczebności przedstawia się następująco:
1.Represje obejmujące wojskowych:
-
181 tysięcy jeńców polskich wziętych do niewoli w 1939 r. i wywiezionych w głąb Rosji. Z tej liczby zaginęło 10-12 tysięcy oficerów, z których część odnaleziono zamordowanych w Katyniu.
-
12 tysięcy jeńców polskich internowanych z Litwy do ZSRR w 1940 r.
-
210-230 tysięcy obywateli polskich, którym na mocy traktatu Ribbentrop-Mołotow nadano obywatelstwo radzieckie i wcielono do Armii Czerwonej w latach 1940-1941, głównie roczniki 1916-1919.
2. Represje obejmujące ludność cywilną:
-
250-350 tysięcy (wg różnych źródeł) osób cywilnych, aresztowanych indywidualnie w latach 1939-1941 i wywiezionych do więzień i łagrów w ZSRR. Większość z nich zaginęła bez śladu.
-
336 tysięcy uchodźców z Polski centralnej i zachodniej, uciekający przed prześladowaniami hitlerowskimi. Deportowani do ZSRR w czerwcu 1940 r.
-
1 200 tys.-1 500 tys. stałych mieszkańców wschodniej Polski, wywiezionych w głąb ZSRR w toku wspomnianych czterech akcji deportacyjnych w latach 1940-1941.
Deportacje po 1944 roku dotyczyły głównie żołnierzy Armii Krajowej i wszelkiego typu "wrogów ludu" z terenów wschodniej Polski i pozostałych jej obszarów. Liczby tych represjonowanych szacuje się na dziesiątki tysięcy. Masowe deportacje ludności cywilnej były przeprowadzane w czterech głównych etapach: 10 lutego 1940 r., 13 kwietnia 1940 r., na przełomie czerwca i lipca 1940 r. oraz w czerwcu 1941 r. W trakcie tych akcji wywieziono około 1,5 miliona ludzi wśród których ok. milion stanowiły kobiety i dzieci. Pozostali to częściowo młodzież, ludzie starsi i nieliczna grupa mężczyzn. Całe rodziny wraz z mężczyznami wywożono tylko w lutym 1940 roku, kiedy to deportowano głównie osadników, leśników i rolników. W kwietniu 1940 r. wywożono rodziny wcześniej aresztowanych urzędników, rodziny wojskowych, inteligencję miejską, wśród której ogromną większość stanowiły kobiety i dzieci. W czerwcu wywożono głównie uchodźców z Polski centralnej i zachodniej oraz rodziny aresztowanych po kwietniu 1940, również i tym razem przede wszystkim inteligencję miejską. I wreszcie, w czerwcu 1941, w przeddzień wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, NKWD zdążyło wywieźć liczne grupy kolejarzy, leśników i inteligencję miejską. Spisy osób skazanych na zsyłki były sporządzane w oparciu o dane dostarczane przez miejscowe służby NKWD, które obficie korzystały z usług donosicieli i miejscowych nacjonalistów. Podstawą większości aresztowań i deportacji była słynna "instrukcja" podpisana przez zastępcę komisarza LKSW ZSRR J.R. Sierowa z 14.06.1940 roku. Trudno sobie wyobrazić koszmar przeżyć i krzywdę wywózki. Schemat wywózek był zawsze taki sam, opracowany doskonale i mechanicznie powtarzany przez znakomicie przeszkolonych funkcjonariuszy NKWD setki, tysiące razy... Deportacje odbywały się zawsze nocą. Do mieszkań wpadała paroosobowa grupa NKW-dzistów z karabinami i niezmiennym okrzykiem "sobierejties z wieszczami !" Ojców już na ogół nie było, zostali wcześniej aresztowani. Matki z dziećmi sparaliżowane ze strachu, który odbierał zdolność myślenia, próbowały pakować rzeczy pod nadzorem NKWD. Od szczęścia zależało czy żołdacy byli choć trochę ludzcy i wrażliwi na los wywożonych, czy też byli tylko trybikami w potwornej machinie działającej przeciwko wszystkiemu co ludzkie. Szczęściarze mogli zabrać ze sobą trochę odzieży, bieliznę, żywność. Innym nie pozwolono. Żołnierze wiedzieli dobrze, że tam gdzie jadą zesłańcy, każdy kawałek odzieży czy bielizny, który można było wymienić na odrobinę żywności był na wagę złota. Deportacje w lutym 1940 roku odbywały się w szczególnie trudnych warunkach. Silne mrozy i śniegi utrudniały dowożenie ludzi z odległych osad, gajówek i leśniczówek, skąd wtedy głównie wywożono. Wagony bydlęce, w których przewożono ludzi były nieogrzewane. Ludzie byli pozbawieni na ogół ciepłej odzieży. Cóż bowiem mogła zabrać rodzina, obudzona w środku nocy, mająca na spakowanie około godziny? Już w czasie transportu śmiertelność była bardzo wysoka. W szczególności starcy i dzieci - po prostu zamarzali na śmierć. Zmarłych kazano wynosić i układać wzdłuż torów, wyrzucano z transportu lub przenoszono do wagonu trupiarni. Wywożeni musieli zostawić cały majątek ruchomy i nieruchomy, wyposażenie mieszkań - dorobek całego życia. Wszystko to zostało zagrabione przez władze sowieckie. Czasami zostawiono na piśmie protokół przejęcia majątku. Zaświadczenia te niektórzy zachowali do dziś, papierek bez żadnej wartości i prawa do rekompensaty. Ta sama instrukcja przewidywała ładowanie do jednego wagonu 25-30 osób, ale wiemy, że bywało nawet ponad 70! W trakcie "podróży" miano wydawać dziennie jeden gorący posiłek. Miał być też w każdym pociągu personel medyczny. Rzeczywistość była jednak inna. Wagony były dziurawe, przewiewne, zamknięte z zewnątrz, okienka zabite, żywność i wodę dostarczano rzadko i nieregularnie, a mrozy przekraczały - 40°C, stąd tyle ludzkich tragedii już w czasie drogi. Osiedlenie się nie było łatwiejsze. Zesłańców umieszczano w osadach organizowanych na noc w rejonach wyrębu lasu, lokowano w barakach, które były gotowe lub należało je najpierw sklecić. Dokuczał głód, zimno, pluskwy i wszy oraz praca ponad siły. Ponieważ dużą część stanowili starcy i dzieci, to śmiertelność była bardzo wysoka. Druga wywózka w kwietniu 1940 roku, w znacznej części dotyczyła ludności miejskiej. Odbywała się według dobrze już znanego scenariusza. Wyrywano z łóżka Bogu ducha winnych ludzi, których jedynym przewinieniem było to, że byli Polakami. Warunki tej "podróży" były również nieludzkie. Kwiecień w klimacie północy i wschodu to miesiąc często jeszcze zimowy. Brakowało pożywienia i wody. Kipiatok (zupę), soloną rybę i jakąś kaszę roznoszono nieregularnie i często nocą. Panował głód i straszliwe pragnienie. Szerzyły się choroby, szczególnie wśród dzieci, głównie biegunki, gorączka i zaziębienia. Do tego dochodziło, jak w każdym wywozie, załamanie psychiczne. Śmiertelność była duża. Na miejscu zesłania rozmieszczano ludzi po barakach, kołchozach i sowchozach rozrzuconych w bezkresnych stepach Kazachstanu. Kobiety z małymi dziećmi zawodzili do bardzo odległych osad kilkuziemiankowych zagubionych w stepie i tam zostawino je na łasce losu i miejscowej ludności. I to właśnie w takich "posiołkach" najwięcej Polaków zmarło z głodu i ślad po nich zaginął. Osierocone dzieci oddawano do Domów Dziecka. Część z nich po latach wróciła, a część została zasymilowana. Tam gdzie się dało zakładano polskie szkoły i polskie kościółki. Było to dla skazańców niezmiernie ważne. W takich miejscach mogli choć trochę poczuć się Polakami. Warunki egzystencji były wszędzie podobne: głód, nędza, choroby, wszy, pluskwy, niewolnicza praca od świtu do nocy bez zapłaty. Najtrudniejszymi okresami do przeżycia były zimy, trwające w ostrym syberyjskim klimacie od początku października do maja. Mrozy, zawieje-huragany, brak jedzenia, odpowiedniego ubrania i obuwia. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić jak w takich warunkach można było przeżyć. Jak wiele człowiek potrafi wytrzymać. Ziemianki zasypane śniegiem równo z dachem i powyżej, osady całkowicie odcięte od siebie, zamarzająca w izbie woda, grzebanie ukochanych zmarłych w śniegu, bo ziemia była tak zamarznięta, że nie dało się wykopać grobu. Ewakuacja szczęśliwców, którym udało się przeżyć na nieludzkiej ziemi - szacuje się ich na około 200 tysięcy- odbywała się w dwóch etapach w marcu i sierpniu 1942 roku. Do pozostałych Polaków rozproszonych po najdalszych zakątkach ZSRR, zawiadomienia o powrocie do kraju docierały do końca wojny. Powroty do Polski odbywały się również pod egidą NKWD i jak na tę organizację przystało, sprawnie, aczkolwiek już nie tak, jak wywózki. Zawiadomienia o wyjeździe docierały co najmniej dzień wcześniej i w dzień, a nie w nocy. Na stacjach Polacy koczowali przez wiele dni w oczekiwaniu na transport - znowu bydlęce wagony, ale już nie zaplombowane. Podróż trwała bardzo długo średnio miesiąc. Któż potrafi odpowiedzieć, ilu ich tam zostało? Nasi Sybiracy pytani o tamte lata niezmiennie odpowiadają:
"Przetrwać pozwoliła mam nadzieja i modlitwa. A największy hołd należy się naszym wspaniałym MATKOM, które potrafiły przez te okrutne lata przeprowadzić swoje dzieci tak, że nie tylko nie zapomniały języka ojczystego i nie straciły wiary, ale że wróciły umocnione i przeświadczone, że nic złego nie może się stać człowiekowi bez Woli Bożej, a każde cierpienie ma swój kres."
Opracowała: Maria Sowa
Deportacje ludności polskiej na Wschód podczas II wojny światowej.
Nienawiść do Polski wpajana od lat radzieckiemu społeczeństwu zaowocowała niemal natychmiast po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie we wrześniu 1939 roku.
Pierwszym przejawem polityki stalinowskiej był sposób, w jaki potraktowano jeńców polskich. ZSSR nie uznawał konwencji genewskich o traktowaniu jeńców wojennych wychodząc z założenia, że prawa świata „ kapitalistycznego” nie obowiązują „proletariatu”. Około 230 tys. jeńców polskich schwytanych przez Armię Czerwoną we wrześniu i aresztowanych jesienią przez policję radziecką przekazano pod koniec października 1939 r. w ręce NKWD, następnie zaś kierowano transportami na wschód – do obozów przejściowych, do więzień śledczych oraz obozów pracy niewolniczej rozrzuconych po całym terytorium Związku Radzieckiego. Oficerów, część policji, Korpusu Ochrony Pogranicza, księży skierowano do specjalnych obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Wiosną 1940 roku zostali oni z tych obozów wywiezieni na miejsce straceń. Oficerów i żołnierzy z Kozielska w liczbie 4421 rozstrzelano w lesie katyńskim niedaleko Smoleńska. Szczątki pozostałych ponad 17 tys. oficerów i innych jeńców polskich z trzech obozów odnaleziono dopiero po pięćdziesięciu latach. Zostali oni wymordowani w kaźniach NKWD w Kalininie i Charkowie, a pochowani w miejscowości Dergacze w pobliżu Charkowa oraz Miednoje koło Kalinina.
Represjom i prześladowaniom poddana została również ludność cywilna. Rozpoczęły się aresztowania i wywózki w głąb Związku Radzieckiego. Władze radzieckie kierowały najczęściej mężczyzn w sile wieku do łagrów, natomiast matki, żony, siostry, młodzież i dzieci, a także starców wywożono na zesłanie, najczęściej do Kazachstanu lub na Syberię. Liczby tych represjonowanych szacuje się na dziesiątki tysięcy.
Podstawą większości aresztowań były instrukcje deportacyjne podpisane m.in. przez generała NKWD Iwana Sierowa. Do dziś zidentyfikowano około 130 łagrów, w których znaleźli się Polacy. Do najbardziej znanych skupisk tych obozów zaliczyć należy łagry na półwyspie Kola, w rejonie Archangielska, na wybrzeżu Morza Białego, wzdłuż linii kolejowej Kołtas-Workuta, w Komi ASRR, na Uralu, w rejonie Norylska nad dolnym Jenisejem, koło Jakucka, Irkucka i Władywostoku, a także w południowej Ukrainie. Najstraszniejszy był los więźniów zesłanych do kopalń złota nad Kołymę lub ołowiu na Czukotce. Sposród co najmniej 10 tys. Polaków, którzy znaleźli się w tych obozach , do armii Andersa wydostało się tylko 171. Większość z wytraconych zmarła z szoku termicznego przy temperaturze dochodzącej do –68 stopni, szkorbutu lub zatrucia tlenkiem ołowiu. Nieliczni ocaleni byli ludzkimi wrakami, wyniszczeni potwornymi warunkami pracy i życia. Z reguły po paru latach umierali. Ogólnej liczby ofiar polskich w łagrach sowieckich nie sposób dokładnie ustalić. Przypuszczalnie do końca 1941 roku sięgała ona około 900 tys. osób.
Masowe deportacje ludności cywilnej były przeprowadzane w czterech głównych etapach: 10 lutego 1940 r., 13 kwietnia 1940 r., na przełomie czerwca i lipca 1940 r. oraz w czerwcu 1941 r. W trakcie tych akcji wywieziono około
1 milion 80 tys. obywateli polskich wśród których przeważającą część stanowiły kobiety i dzieci. Pozostali to częściowo młodzież, ludzie starsi i nieliczna grupa mężczyzn. Pierwsza deportacja przeprowadzona 10 lutego 1940 roku objęła ponad 220 tys. osób. Całe rodziny popędzono na bocznice kolejowe pozwalając zabrać ze sobą jedynie najpotrzebniejsze rzeczy . W kolejnej deportacji w kwietniu 1940 r. wywieziono 320 tys. osób. Były to rodziny wcześniej aresztowanych urzędników, rodziny wojskowych, inteligencja miejska, wśród której ogromną większość stanowiły kobiety i dzieci. W czerwcu wywożono głównie uchodźców z Polski centralnej i zachodniej oraz rodziny aresztowanych po kwietniu 1940, również i tym razem przede wszystkim inteligencję miejską – to kolejne 240 tys. osób. I wreszcie, w czerwcu 1941, w przeddzień wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, NKWD zdążyło wywieźć liczne grupy kolejarzy, leśników i inteligencję miejską. Wywieziono wówczas na wschód około 300tys. osób. Spisy osób skazanych na zsyłki były sporządzane w oparciu o dane dostarczane przez miejscowe służby NKWD, które obficie korzystały z usług donosicieli i miejscowych nacjonalistów.
Trudno sobie wyobrazić koszmar przeżyć i krzywdę wywózki. Schemat wywózek był zawsze taki sam, opracowany doskonale i mechanicznie powtarzany przez znakomicie przeszkolonych funkcjonariuszy NKWD setki, tysiące razy... Deportacje odbywały się zawsze nocą. Do mieszkań wpadała paroosobowa grupa NKW-dzistów z karabinami i niezmiennym okrzykiem "sobierejties z wieszczami !" Ojców już na ogół nie było, zostali wcześniej aresztowani. Matki z dziećmi sparaliżowane ze strachu, który odbierał zdolność myślenia, próbowały pakować rzeczy pod nadzorem NKWD. Od szczęścia zależało czy żołdacy byli choć trochę ludzcy i wrażliwi na los wywożonych, czy też byli tylko trybikami w potwornej machinie działającej przeciwko wszystkiemu co ludzkie. Szczęściarze mogli zabrać ze sobą trochę odzieży, bieliznę, żywność. Innym nie pozwolono. Żołnierze wiedzieli dobrze, że tam gdzie jadą zesłańcy, każdy kawałek odzieży czy bielizny, który można było wymienić na odrobinę żywności był na wagę złota. Deportacje w lutym 1940 roku odbywały się w szczególnie trudnych warunkach. Silne mrozy i śniegi utrudniały dowożenie ludzi z odległych osad, gajówek i leśniczówek, skąd wtedy głównie wywożono. Wagony bydlęce, w których przewożono ludzi były nieogrzewane. Ludzie byli pozbawieni na ogół ciepłej odzieży. Cóż bowiem mogła zabrać rodzina, obudzona w środku nocy, mająca na spakowanie około godziny? Już w czasie transportu śmiertelność była bardzo wysoka. W szczególności starcy i dzieci - po prostu zamarzali na śmierć. Zmarłych kazano wynosić i układać wzdłuż torów, wyrzucano z transportu lub przenoszono do wagonu trupiarni. Wywożeni musieli zostawić cały majątek, wyposażenie mieszkań - dorobek całego życia. Wszystko to zostało zagrabione przez władze sowieckie. Czasami zostawiono na piśmie protokół przejęcia majątku. Zaświadczenia te niektórzy zachowali do dziś, papierek bez żadnej wartości i prawa do rekompensaty. Ta sama instrukcja przewidywała ładowanie do jednego wagonu 25-30 osób, ale wiemy, że bywało nawet ponad 70! W trakcie "podróży" miano wydawać dziennie jeden gorący posiłek. Miał być też w każdym pociągu personel medyczny. Rzeczywistość była jednak inna. Wagony były dziurawe, przewiewne, zamknięte z zewnątrz, okienka zabite, żywność i wodę dostarczano rzadko i nieregularnie, a mrozy przekraczały – 40 stopni, stąd tyle ludzkich tragedii już w czasie drogi. Osiedlenie się nie było łatwiejsze. Zesłańców umieszczano w osadach organizowanych na noc w rejonach wyrębu lasu, lokowano w barakach, które były gotowe lub należało je najpierw sklecić. Dokuczał głód, zimno, pluskwy i wszy oraz praca ponad siły. Ponieważ dużą część stanowili starcy i dzieci, to śmiertelność była bardzo wysoka. Druga wywózka w kwietniu 1940 roku, w znacznej części dotyczyła ludności miejskiej. Odbywała się według dobrze już znanego scenariusza. Wyrywano z łóżka Bogu ducha winnych ludzi, których jedynym przewinieniem było to, że byli Polakami. Warunki tej "podróży" były również nieludzkie. Kwiecień w klimacie północy i wschodu to miesiąc często jeszcze zimowy. Brakowało pożywienia i wody. Kipiatok (czyli zupę), soloną rybę i jakąś kaszę roznoszono nieregularnie i często nocą. Panował głód i straszliwe pragnienie. Szerzyły się choroby, szczególnie wśród dzieci, głównie biegunki, gorączka i zaziębienia. Do tego dochodziło, jak w każdym wywozie, załamanie psychiczne. Śmiertelność była duża. Na miejscu zesłania rozmieszczano ludzi po barakach, kołchozach i sowchozach rozrzuconych w bezkresnych stepach Kazachstanu. Kobiety z małymi dziećmi zawozili do bardzo odległych osad kilku ziemiankowych zagubionych w stepie i tam zostawiano je na łasce losu i miejscowej ludności. I to właśnie w takich "posiołkach" najwięcej Polaków zmarło z głodu i ślad po nich zaginął. Osierocone dzieci oddawano do Domów Dziecka. Część z nich po latach wróciła, a część została zasymilowana. Tam gdzie się dało zakładano polskie szkoły i polskie kościółki. Było to dla skazańców niezmiernie ważne. W takich miejscach mogli choć trochę poczuć się Polakami.
Warunki egzystencji były wszędzie podobne: głód, nędza, choroby, wszy, pluskwy, niewolnicza praca od świtu do nocy często bez zapłaty. Najtrudniejszymi okresami do przeżycia były zimy, trwające w ostrym syberyjskim klimacie od początku października do maja. Mrozy, zawieje-huragany, brak jedzenia, odpowiedniego ubrania i obuwia. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić jak w takich warunkach można było przeżyć. Jak wiele człowiek potrafił wytrzymać. Ziemianki zasypane śniegiem równo z dachem i powyżej, osady całkowicie odcięte od siebie, zamarzająca w izbie woda, grzebanie ukochanych zmarłych w śniegu, bo ziemia była tak zamarznięta, że nie dało się wykopać grobu. Z chwilą wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej podpisano 30 lipca 1941 roku w Londynie układ między rządami Rzeczpospolitej Polskiej a ZSRR, znany jako układ Sikorski- Majski. Rząd radziecki zgodził się na utworzenie w ZSRR armii polskiej, a zarazem na udzielenie amnestii wszystkim obywatelom polskim , których pozbawiono wolności na terytorium ZSRR. Otworzyło to wrota więzień, łagrów i miejsc zesłania dla tysięcy polskich obywateli więzionych przez system stalinowski. Tylko nielicznym udało się dotrzeć do armii Władysława Andersa. Wkrótce jednak po jej ewakuacji z terytorium ZSRR do Iranu w sierpniu 1942 roku, która objęła 70 tys. żołnierzy i około 26 tys. ludności cywilnej, los Polaków rozproszonych po całym terytorium ZSRR znacznie się pogorszył. Powroty do kraju nastąpiły dopiero pod koniec wojny oraz po jej zakończeniu i odbywały się również pod egidą NKWD i jak na tę organizację przystało, sprawnie, aczkolwiek już nie tak, jak wywózki. Zawiadomienia o wyjeździe docierały co najmniej dzień wcześniej i w dzień, a nie w nocy. Na stacjach Polacy koczowali przez wiele dni w oczekiwaniu na transport - znowu bydlęce wagony, ale już nie zaplombowane. Podróż trwała bardzo długo średnio miesiąc. Któż potrafi odpowiedzieć, ilu ich tam zostało?
Niestety kończąca się wojna nie przyniosła pełnej wolności . Już od połowy 1944 roku rozpoczęły się kolejne represje. Tym razem dotknęły one żołnierzy Armii Krajowej , uznanych przez ZSRR oraz polskich komunistów za wrogów państwa rosyjskiego i polskiego. I znów rozpoczęły się aresztowania, wyroki śmierci lub wieloletni pobyt w łagrach syberyjskich.
Bardzo trudno jest dzisiaj określić dokładnie ilu Polaków, a ściślej obywateli polskich było deportowanych do Związku Radzieckiego w czasie II wojny światowej lub represjonowanych po jej zakończeniu. Dane dokumentalne są wciąż niepełne i szacunkowe ponieważ brak jest dostępu do archiwów NKWD. Publikowane w różnych opracowaniach dane różnią się czasem dość znacznie.
Nasi Sybiracy pytani o tamte lata, pełne cierpień, upokorzeń i olbrzymiej tęsknoty do najbliższych i Ojczyzny niezmiennie odpowiadają: "Przetrwać pozwoliła mam nadzieja i modlitwa. A największy hołd należy się naszym wspaniałym MATKOM, które potrafiły przez te okrutne lata przeprowadzić swoje dzieci tak, że nie tylko nie zapomniały języka ojczystego i nie straciły wiary, ale że wróciły umocnione i przeświadczone, że nic złego nie może się stać człowiekowi bez Woli Bożej, a każde cierpienie ma swój kres."
Dyrektor szkoły Pani Maria Trześniowska
Słyszałeś słowo „Katyń” ? To posłuchaj co było wcześniej…
Poniższy tekst powstał kilka tygodni temu. Jednakże wczoraj minęła kolejna rocznica pierwszej sowieckiej akcji wpędzeń Polaków w 1940 roku.
Trudno opisywać wszystko to , co spotkało polskich mieszkańców tzw. "zachodniej Białorusi i Ukrainy", ale choć tym tekstem przypomnę o nich.
Oczywiście jeżeli ktoś z czytelników zna już ten tekst, może go pominąć.
1939
W trakcie trwania Wojny Polsko – Niemiecko-Sowieckiej Rosjanie dopuścili się licznych zabójstw i mordów, zarówno na jeńcach wojennych, jak i na ludności cywilnej. Rozstrzelano m.in. generała J.K. Olszynę-Wilczyńskiego, dokonano zbiorowych egzekucji żołnierzy polskich w okolicach Wilna, w Rohatynie i Wólce Wytyckiej, jeńców wojennych torturowano i mordowano w Grodnie, Wołkowysku, Oszmianie, Mołodecznie, Nowogródku, Sarnach, Kosowie Poleskim i Tarnopolu. Dokonywano mordów na ludności cywilnej, nie oszczędzając kobiet i dzieci, np. w Rohatynie. „ wojsko sowieckie natychmiast przystąpiło do okrutnej rzezi i bestialskiego znęcania się nad ofiarami, co trwało cały dzień. Mordowano nie tylko Policję i wojskowych, ale też tak zwaną burżuazję, nie wyłaczając kobiet i dzieci. Na przykład jednego z żołnierzy przywiązano do konia i tak długo włoczono po kamienistych brzegach Stryja, aż pozostały po nim tylko strzępy (…) żołnierze strzelali nawet do kur i indyków”
Złamano umowę kapitulacyjną wobec obrońców Lwowa –kadrę oficerską w znacznej części wymordowano , żołnierze wraz z dowodzącym generałem W. Langnerem trafili do obozów jenieckich.
I tak dalej i tak dalej…
1940-1941
Polscy żołnierze wzięci do niewoli nie pozostali pod władzą Armii Czerwonej, lecz przekazano ich NKWD, po czym trafili do obozów pracy rozrzuconych po całym ZSRR. Tylko ok. 20 tys. żołnierzy mogło kontynuować walkę w armii generała W. Andersa.
Około 150 tys. osób padło ofiarą eksterminacji w więzieniach śledczych, łagrach i obozach jenieckich.
W wyniku czterech masowych akcji deportacyjnych wywieziono ok. 1114 tys. obywateli polskich. Zesłano również ok. 336 tys. uchodźców z Polski centralnej, którzy znaleźli się na terenach wschodnich szukając ucieczki przed Niemcami. Większość albo nie przeżyła, ani nigdy nie dostała już szansy powrotu do Polski.
Łącznie w latach 1939-1941 dokonano przemieszczenia w głąb ZSRR ok. 1802 tys. obywateli polskich. (Liczbę deportowanych należałoby powiększyć o ok. 50 tys. żołnierzy Armii Krajowej, uczestników akcji Burza na wschodnich terenach Rzeczypospolitej w 1944 i ok. 150 tys. ludności cywilnej wywiezionej po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie, co daje liczbę ok. 2 mln deportowanych, internowanych i uwięzionych.)
I tak dalej i tak dalej…
1941.
Wycofując się na wschód, Sowieci mordowali bez pardonu więźniów, zwłaszcza politycznych, czyli w większości osadzonych w więzieniach Polaków. Pomimo gorączki odwrotu, NKWD sprawnie i systematycznie wykonywali rozkazy pozbywania się osadzonych, jak sami Niemcy stwierdzali – z niespotykanym nigdzie okrucieństwem.
Więzienie Borysławskie - „Tam był ten Kozłowski i jego siostra(…) jakieś 16 lat. Miała wyrwane sutki, jakby obcęgami, twarz spaloną. Natomiast on jednego oka w ogóle nie miał, usta miał zszyte drutem kolczastym, ręce zupełnie zmiażdżone a zarazem spalone; robiło to wrażenie, że oblewali mu te ręce jakimś ukropem, bo schodziły całe płaty skóry”
Podobnie jak nie gorzej było we wszystkich większych miastach i miasteczkach kresowych.
Lwów - „ cele zasłane stosami trupów (…) relacja Niemców z tego co zobaczyli była wprost wstrząsająca. W jednym z najodleglejszych korytarzy ujrzałem na ścianie , na hakach typu rzeźniczego , rozkrzyżowaną nagą kobietę, a obok niej księdza, nagiego ale w koloratce. Kobieta była w ciąży – jej płód był wyjęty i włożony do brzucha księdza, a do brzucha kobiety włożono kamień.”
Ogółem wobec braku możliwości ewakuacji, NKWD wymordowało większość więźniów skazanych na wysokie wyroki, chorych i niezdolnych do marszu. W lwowskich Brygidkach i na Zamarstynowie zamordowano ok. 8 tys. więźniów, podobnie likwidowano więzienia w: Kijowie, Smoleńsku, Charkowie, Równem, Berdyczowie, Berezweczu, Mińsku. Ogółem zginęło ok. 80 tys. Polaków.
I tak dalej i tak dalej…
A teraz mamy witać zaprzyjaźnionego Prezydenta i Premiera, mając w pamięci słowa Rosyjskiej Dumy, jak to po 70 latach przyznali się do Katynia.
To jakby bandyta przyznał się do złamania ofierze paznokcia .
I trudno mieć do niego pretensje – wybaczmy mu, przecież się przyznał !
1.Paweł Wieczorkiewicz "Historia polityczna Polski 1939-1945"
4.Władysław Gomułka "Pamiętniki"
Po opublikowaniu tego tekstu i wymianie komentarzy w dyskusji, uznałem, że należy mu się puenta.
A powodem był zarzut, że takimi tekstami SZKODZĘ POLSCE.
A oto moja odpowiedź, traktuję ją jako motto dla tego, co uważam że warto zrobić.
Takich gestów jak Duma robiliśmy setki, wybaczaliśmy katom z NKWD, UB, SB. I co ? G..o ! Mają się świetnie do dziś i śmieją się w nos. Nastawianie drugiego policzka jest mądre tylko w przypadku świetych, anie ludzi mieszkających nie w Raju a w Polsce.
Chcesz dobrze ? To jak sobie wyobrażasz, że w zamian za twoją spolegliwośc Rosja bedzie ci wdzięczna ? Ma cię dokładnie w czterech literach, a przy najbliższej okazji zgwałci ci córkę i żonę, zabije rodziców i dzieci. Dla samej zabawy jaka to frajda.
Przeczytaj o Czeczenii, Afganistanie, Gruzji - NIC SIĘ W TYM MONGOLSKO-AZJATYCKIM NARODZIE NIE ZMIENIA.
Szkodzę Polsce ?
Ciekawe czy to samo powiesz o Żydach wspominających o Holocauście gdzie się da, im też powiesz, że szkodzą Izraelowi ?
A powiedziałeś to Niemcom kiedy budują muzeum wypędzonych ?
A powiedziałeś jak szkodzą Polsce Rodziny Katyńskie ?
To czego ty oczekujesz człowieku ?
P.S. Zapraszamy!!!!
blogmedia24.pl/