
INKA
Mariana Plucińskiego "Mścisława" pełniła funkcję sanitariuszki. Przez krótki czas jej przełożonym był por. Leon Beynar "Nowina", zastępca mjr. "Łupaszki", znany później jako Paweł Jasienica.
Na przełomie 1945 - 46, zaopatrzona w dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn w pow. Ostróda. Wczesną wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą "Żelaznym", dowódcą jednego ze szwadronów "Łupaszki". Do lipca 1946 służyła w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD i UB.
W czerwcu 1946 została wysłana do Gdańska po zaopatrzenie medyczne dla szwadronu.
20 lipca 1946 została aresztowana przez funkcjonariuszy UB i osadzona w więzieniu w Gdańsku. Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 skazana została na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku. Zarzucono jej m.in. nakłanianie do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu "Żelaznego" w Tulicach pod Sztumem.
- Siedzikówna była cichą, trzymającą się z tyłu dziewczyną, sanitariuszką. Jak można było oskarżyć ją o wydawanie poleceń zabijania żołnierzy? Zachowały się relacje funkcjonariuszy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) i milicjantów, których ona opatrywała po potyczkach z partyzantami AK - odpowiada na zarzuty dr Niwiński.
Piotr Szubarczyk z IPN w Gdańsku pisał: Wyrok śmierci na sanitariuszkę był komunistyczną zbrodnią sądową, zarazem aktem zemsty i bezradności gdańskiego UB (od którego realnie zależał wyrok) wobec niemożności rozbicia oddziałów mjr. "Łupaszki" Szwadron "Żelaznego", w którym służyła "Inka", był szczególnie znienawidzony przez gdański WUBP z powodu licznych, udanych akcji na placówki UB, m.in. brawurowy rajd przez powiaty starogardzki i kościerski 19 V 1946 r., podczas którego opanowano kilka posterunków milicji i placówek UB, likwidując sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie, kilku funkcjonariuszy UB i ich konfidenta".
W przesłanym siostrom grypsie z więzienia Siedzikówna napisała: "Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba". Zdanie to - według badaczy - należy tłumaczyć nie tylko przebiegiem śledztwa, lecz także odmową podpisania prośby o ułaskawienie. Prośbę taką do ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta skierował za nią jej obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski.
Oskarżycielem w procesie sanitariuszki był prokurator Wacław Krzyżanowski, który dla 17-letniej wówczas dziewczyny zażądał kary śmierci. Prokurator był oskarżany przez Instytut Pamięci Narodowej o udział w zbrodniach komunistycznych, jednak dwukrotnie został uniewinniony przez sąd.

11 Lipca 1943 - Rzeż wołyńska!
Na Wołyniu oprawcy z UPA i OUN sadystycznie torturowali i mordowali niemowlęta, dzieci, kobiety, starców; ich liczba nie jest do końca ustalona i waha się od 60 do 200 tysięcy!!!
„Wołyń 1943” . sł. muz. Lech Makowiecki
http://www.youtube.com/watch?v=KDK2AVGobdA&feature=player
Dobrze, że ktoś o tych zbrodniacj pamięta!
Serdecznie zapraszam!
Równocześnie informuję, że w sobotę 3 września 2011 r. w Korościatynie (obecnie Krynica) k. Monasterzysk, w dawnym powiecie Buczacz na Ziemi Tarnopolskiej, odbędzie się na tamtejszym cmentarzu poświęcenie pomnika dla upamiętnienia 150 mieszkańców tej wioski pomordowanych przez UPA w nocy z 28 na 29 lutego 1944 r.
Rozpoczęcie uroczystosci o g. 13.00 czasu ukraińskiego. Proszę o przekazanie tej informacji wszystkim byłym mieszkańcom tamtych ziem i ich potomkom.
Szczęść Boże!
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski proboszcz parafii ormiańskokatolickiej w Gliwicach
Strach przed ludobójcami ukraińskiej UPA, wraca do dziś
Radni partii Swoboda najechali nocą obóz polskiej ekipy prowadzącej ekshumacje w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej.
Po 68 latach ofiary ludobójstwa UPA z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej na Wołyniu doczekały się chrześcijańskiego pochówku. Siedem niewielkich, wykonanych z nieheblowanego drewna trumien, po odprawieniu katolickich i prawosławnych obrzędów pogrzebowych, spoczęło na cmentarzu rzymskokatolickim w Ostrówkach. Złożono w nich szczątki ponad 300 osób ekshumowanych z dwóch zbiorowych mogił w lesie pod ukraińską wsią Sokół i z terenu dawnej szkoły w Ostrówkach.
- Nie będę wymieniał wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że możemy dzisiaj być tu spokojnie, bez strachu, bez żadnych problemów – mówił ks. bp Marcjan Trofimiak, ordynariusz łucki, dziękując ukraińskim władzom za umożliwienie godnego pochówku. – Stosunek do zmarłych jest miarą cywilizacji – podkreślił.
Swoboda w natarciu
Niestety, miary tej nie znają działacze rosnącej w siłę probanderowskiej partii Swoboda, którzy wszelkimi sposobami, broniąc fałszywego mitu “bohaterskiej” Ukraińskiej Armii Powstańczej, usiłują zanegować jej zbrodnie na polskiej ludności kresowej, nawet tak doskonale udokumentowane, jak te dokonane w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Kwestionują więc nie tylko liczbę ofiar rzezi w Ostrówkach, ale nawet ustaloną przez historyków liczbę mieszkańców tych polskich wsi. Najnowszym przedmiotem ich ataku stały się wyniki prac polskich archeologów i antropologów.
 |
|
Stepan Bandera, ukraiński zbrodniarz uhonorowany na znaczku pocztowym Ukrainy w 2009 roku Photo Source: wikipedia
|
Aktywność działaczy Swobody wzrosła, gdy ekshumacje były już na ukończeniu, a znalezione szczątki przygotowane do pochówku. Szczególnie przykra była wieczorna wizyta radnych Swobody w obozie polskich naukowców w przeddzień uroczystości pogrzebowych. W towarzystwie osoby przedstawiającej się jako lekarz sądowy kazali otworzyć przygotowane już do pochówku trumny, wyciągali z nich i składali na folię kości, usiłując wmówić polskim badaczom, że kości jest mniej, niż było w rzeczywistości, i należą do znacznie mniejszej liczby osób, niż wskazywali polscy archeolodzy i antropolodzy. Według rzeczoznawcy partii Swoboda, dla ustalenia liczby odkopanych zwłok należy policzyć kości udowe i podzielić na dwa. Doliczył się on ok. 140 takich kości, co miało świadczyć o 70 odkopanych zwłokach. Zupełnie nie docierała do niego informacja, że większość ofiar stanowiły dzieci, w tym nawet noworodki, a stan wykopanych kości i ich ubytki są wynikiem warunków, w jakich spoczywały przez prawie 70 lat. – Jestem świadkiem, że ci panowie nie wyjęli z trumien wszystkich kości udowych i nie sprawdzali, czy są to kości prawe czy lewe – mówi zbulwersowana dr Iwona Teul, wybitny antropolog, potrafiąca identyfikować ludzkie szczątki nawet pochodzące z urn. – Ciekawe zresztą, jak wytłumaczą istnienie ponad 200 odkopanych czaszek – dodaje.
Po blisko trzech godzinach dyskusji działacze partii Swoboda głęboką nocą opuścili cmentarz, domagając się przeprowadzenia ekspertyzy kości przez wskazanych przez nich specjalistów, co musiałoby się wiązać z odwołaniem zaplanowanego na następny dzień pogrzebu. Nazajutrz radni Swobody zorganizowali konferencję prasową, w czasie której twierdzili, że polscy naukowcy połamali znalezione kości udowe, aby sztucznie powiększyć liczbę ofiar zamordowanych we wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka.
Wobec niebezpieczeństwa zakłócenia uroczystości pogrzebowych przez demonstrantów Swobody teren wokół cmentarza został zabezpieczony przez ukraińskie siły porządkowe i do żadnych ekscesów nie doszło.
Niewyobrażalna zbrodnia
Rzeź w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej przeraża nie tylko przekraczającą tysiąc ofiar liczbą zamordowanych, co stawia ją w rzędzie największych banderowskich masakr, ale także szczególnym okrucieństwem, wyrachowaniem i bezwzględnością oprawców. Kilkuset polskich mężczyzn taśmowo zabijano, rozłupując im głowy siekierami i młotami; 250 osób, głównie kobiety i dzieci, spalono w szkole w Ostrówkach bądź zastrzelono w trakcie ucieczki, kilkadziesiąt spalono w jednej ze stodół, około 300, głównie dzieci i ich matki, po kilkukilometrowym marszu śmierci zastrzelono na łące w pobliżu lasu.
W wyniku 30-letnich badań prowadzonych przez dr. Leona Popka z lubelskiego IPN, który w zagładzie Ostrówek i Woli Ostrowieckiej stracił ok. 40 członków bliższej i dalszej rodziny, powstała bogata naukowa dokumentacja tej zbrodni. Do dziś żyją też jej naoczni świadkowie.
Jednym z nich jest 82-letnia pani Zofia Suszko, która na pogrzeb przybyła aż spod Bydgoszczy. W szkole w Woli Ostrowieckiej zostali spaleni jej starsza siostra z dwoma synami – siedmioletnim Bolkiem i dwuletnim Bartkiem. Zamordowany został też jeden z braci pani Zofii – Józek.
Pani Suszko uratowała się, gdyż pędzona przez banderowców na śmierć koło zagrody księdza wraz z mamą i bratem oderwała się od reszty i zaczęła biec w kierunku sadu. Ukraińcy posłali za nimi serię z karabinu maszynowego, która przeszła tuż ponad ich głowami. Upadli na ziemię, a oprawcy uznali, że strzały były celne. – Dzieci, nie ruszajcie się, może nas Matka Boska swoim płaszczem ochroni, szepnęła mama, a my aż wtuliliśmy się w ziemię – opowiada pani Zofia. W ten sposób uniknęli losu ok. 300 kobiet i dzieci, którzy zostali zamordowani w pobliżu wsi Sokół. Udając zabitych, leżeli w pobliżu rodzinnej zagrody, skąd słyszeli tępe odgłosy towarzyszące mordowaniu mężczyzn. To właśnie za domem Suszków banderowcy zorganizowali jedno z kilku miejsc kaźni. Gdy odeszli, pani Zofia widziała dół z zamordowanymi mężczyznami. Niektórzy jeszcze żyli. Zauważyła, że jedna z ofiar, starszy mężczyzna, miała odrąbane stopy. Oznaki życia dawał młody chłopak przywalony innymi ciałami. – Chciał pić i jak mu podawałam rondelek wody, to musiałam stanąć na plecy jakiegoś zabitego mężczyzny. Pamiętam to do dziś – wspomina tragiczne wydarzenia pani Zofia.
Jak większość ocalałych mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej rodzina Suszków szukała ratunku najpierw w pobliskim Jagodzinie, a potem u rodziny w Lubomlu. – Wielu z tych, którzy się uratowali, Niemcy zakwaterowali w magazynach wojskowych, a po kilku dniach podstawili wagony i wywieźli ich na roboty do Niemiec – twierdzi pani Suszko.
Pani Zofia ponownie ujrzała rodzinne strony w 1992 roku. – Po 49 latach, gdy przyjechałam tutaj i zobaczyłam Ukraińców, to z wrażenia serce waliło mi jak młot – wspomina. – Myślałam, że zaraz nas pobiją. Ten strach wraca do dzisiaj.
Ekipa poszukująca szczątków ofiar przywiozła panią Zofię do Ostrówek w lipcu br., mając nadzieję, że wskaże ona miejsce, gdzie znajdowała się stodoła w jej rodzinnym gospodarstwie, co pomogłoby w ustaleniu zbiorowej mogiły ok. 100 zamordowanych tam mężczyzn. Niestety, po latach nie udało się jej zlokalizować.
- To jedno z kilku miejsc, gdzie musimy wrócić i odszukać szczątki naszych bliskich, aby pochować ich na cmentarzu – zapewnia dr Popek. – Może uda się tego dokonać w przyszłym roku – dodaje.
Kiedy spłacimy dług?
Uratowani z masakry, o ile pozwalają im na to siły, starają się uczestniczyć w corocznej pielgrzymce do rodzinnej wsi. Sędziwy Jan Ulewicz z Woli Ostrowieckiej, który w czasie rzezi miał 17 lat, z 22 dotychczasowych pielgrzymek opuścił tylko dwie. Pamiętnego 30 sierpnia 1943 r. stracił rodziców i siostrę. – Chłopaki, którzy wyskoczyli z podpalonej szkoły w Ostrówkach, widzieli w środku moją mamę, więc pewnie tam się spaliła, a ojca zabili za stodołą u Strażyca. Jego szczątki zostały pochowane na cmentarzu po ekshumacji w 1992 r., a teraz przyszła kolej na mamę i siostrę – mówi ze spokojem w głosie.
Na pytanie, jak sam się uratował, rozkłada ręce i mówi, że to działanie Opatrzności Bożej. Wraz z kolegą ukryli się w stodole nad stajnią, przykrywając suchą koniczyną. Słyszeli, jak tropiący Polaków banderowcy kłuli siano bagnetami i odgrażali się, że jak podpalą stodołę, to Polacy sami powyłażą. – Ale ręka Boska ich powstrzymała i nie podpalili – mówi.
Chłopcy przeczekali w stodole najgorsze i potem uciekli do Jagodzina. Panu Ulewiczowi, gdy opuszczał rodzinną wieś, pozostały w pamięci sterczące kominy spalonych domów. Gdy ponownie przybył tu na początku lat 90., ze wsi nie zostało już nic. – To dziś prawdziwe dzikie pola – mówi z rezygnacją.
Jan Ulewicz sprzeciwia się nazywaniu ludobójczej działalności UPA walką narodowowyzwoleńczą. – Zabijać niewinnych, i to od kolebki do starego dziadka, kto to widział?! – mówi poruszony. – Znałem Ukraińców dobrze, do dziś zrozumieć nie mogę, jak oni mogli to robić.
Dla wielu Kresowian prace ekshumacyjne i przeprowadzone z rozmachem uroczystości pogrzebowe w Ostrówkach stanowiły duże zaskoczenie.
- To dla mnie prawdziwy szok – przyznaje pani Helena Honczaruk, uratowana z rzezi jako półtoraroczne dziecko. – Myślałam, że to będzie normalna pielgrzymka jak co roku, a tu takie wielkie uroczystości, tak zmieniona droga na cmentarz i jego otoczenie.
Panią Helenę uratował ojciec, Jan Szwed, który w przeddzień napadu wywiózł żonę i trzy córki do Jagodzina. Dostał się w ręce banderowców, gdy rano poszedł do swojego gospodarstwa, aby oporządzić inwentarz. Zginął w stodole u Strażyca. – Dowiedziałam się, że ucięli mu głowę siekierą, przytrzymując widłami, żeby się nie wyrwał – mówi kobieta.
Nagłe przyspieszenie i spełnienie nadziei na katolicki pochówek bliskich zaskoczył nawet 90-letnią Helenę Popek, matkę dr. Leona Popka. – Już zaczynałam tracić nadzieję, że Leonowi się uda – wyznaje. – Bo wszystko jakby przycichło, nikt już go nie popierał, a Ukraińcy za wszelką cenę chcieli wyciszyć całą sprawę. Aż tu naraz taka wiadomość. To chyba cud – dodaje.
Przełom w sprawie ekshumacji i upamiętnienia ofiar banderowskiej zbrodni w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej związany jest z polsko-ukraińskimi uzgodnieniami politycznymi na najwyższym szczeblu. Wkrótce na cmentarzu w Ostrówkach Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ma wystawić okazałe upamiętnienie, w odsłonięciu którego wezmą udział prezydenci Polski i Ukrainy. Niejako w rewanżu po stronie polskiej w Sahryniu obaj prezydenci odsłonią pomnik mający upamiętnić cywilne ofiary ataku oddziałów AK i BCh na terroryzujący polskie wsie bastion UPA i policji ukraińskiej w Sahryniu.
Nie wchodząc w całą nieadekwatność tego zestawienia, trudno nie zadać pytania, co dalej z upamiętnieniem dziesiątek tysięcy zbiorowych i pojedynczych ofiar ludobójstwa dokonanego na Polakach przez OUN-UPA na Kresach.
- W czasie dzisiejszego nabożeństwa z jednej strony jak gdyby płacimy dług tym, którzy tak długo czekali na ten dzień, ale przecież to nie wszyscy, jest ich o wiele więcej w nieznanych mogiłach – upomniał się o Polaków leżących w niepoświęconej kresowej ziemi ks. bp Marcjan Trofimiak w czasie pogrzebu w Ostrówkach.
Adam Kruczek
Ostrówki, Ukraina
ZOB. TAKŻE:
Spisek Komandorów
21 lipca 1952 roku Naczelny Sąd Wojskowy pod przewodnictwem pułkownika Piotra Parzenieckiego skazał na kary śmierci „za zorganizowanie spisku w wojsku” kmdr. por. Ryszarda Kasperskiego, kmdr. Stanisława Mieszkowskiego, kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego, kmdr. Jerzego Staniewicza, i kmdr. Mariana Wo...jcieszka. Komandora Staniewicza stracono 12 grudnia 1952 roku, a komandorów Przybyszewskiego i Mieszkowskiego cztery dni później. Komandorom Wojcieszkowi i Kasperskiemu wyroki śmierci zostały decyzją Bolesława Bieruta zamienione na dożywocie.
końcu lat czterdziestych stanowiska wyższych dowódców w Wojsku Polskim, praktycznie od dowódcy kompanii wzwyż, objęli oficerowie wywodzący się z Armii Czerwonej. W ramach czystki rozpoczętej w listopadzie 1949 roku z wojska zwolniono i aresztowano wielu oficerów. Sprawa komandorów była „sprawą odpryskową” procesu innych oficerów Wojska Polskiego, których dotknęły komunistyczne represje: generała Stanisława Tatara, pułkownika Mariana Utnika i pułkownika Stanisława Nowickiego, oskarżonych o spreparowany przez Informację Wojskową „spisek w wojsku”.
Represje, które przybrały największe rozmiary w latach 1950-1953, dotknęły również żołnierzy i oficerów Marynarki Wojennej. Sądy wydały 30 wyroków śmierci, z których 19 zostało wykonanych. Październikowa odwilż pozwoliła wyjść z więzień tym, którzy przetrzymali nieludzkie warunki i komunistyczny terror. W latach dziewięćdziesiątych sądy unieważniły wyroki z lat 1945-1956.
IPN
Tajemnicza śmierć księdza Zycha
W nocy z 10 na 11 lipca 1989 roku niedaleko dworca PKS w Krynicy Morskiej znaleziono ciało ks. Sylwestra Zycha. Był to już trzeci kapłan związany z "Solidarnością", który zginął tragicznie w 1989 r. Ks. Sylwester Zych (1950–1989) w 1977 r. ukończył Wyższe Metropolitarne Seminarium Duchowne w Warszawie i otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował jako wikariusz w parafiach Archidiecezji Warszawskiej, m.in. w Grodzisku Mazowieckim. Po wprowadzeniu stanu wojennego wsparł tam działalność młodzieżowej grupy o nazwie Powstańcza Armia Krajowa – Druga Kadrowa. Grupa ta miała zamiar zdobywać broń do walki z komunistyczną władzą przez rozbrajanie żołnierzy i milicjantów. Podczas takiej akcji śmiertelnie postrzelony został sierż. MO Zdzisław Karos. Członkowie PAK zabraną Karosowi broń przechowywali u ks. Zycha, który został aresztowany i skazany ostatecznie na 6 lat więzienia. Był przetrzymywany w skrajnie ciężkich warunkach. Na wolność wyszedł we wrześniu 1986 r. Kontynuował działalność opozycyjną, m.in. był kapelanem Konfederacji Polski Niepodległej. Przez cały czas otrzymywał listy i telefony z pogróżkami, a w maju 1989 r. został napadnięty i pobity. W lipcu 1989 r. zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Sprawców zbrodni dotychczas nie wykryto.
Mord w Czarnym Lesie
Mija 70. rocznica zgładzenie przez Niemców i współpracujących z nimi Ukraińców polskiej inteligencji ze Stanisławowa, głównie nauczycieli.
Trzecim co do wielkości miastem w dawnej Galicji był Stanisławów, położony malowniczo nad Bystrzycą, prawym dopływem Dniestru. Założył je jako fortecę w 1662 r. Andrzej Potocki, hetman polny koronny i wojewoda kijowski. Nazwę nadał na cześć swojego ojca Stanisława, który jako hetman wielki koronny pokonał Kozaków i Tatarów pod Ochmanowem. Nowy gród od początku zamieszkiwały różne narodowości, w tym Polacy, Rusini, Żydzi, Niemcy i Ormianie. Ci ostatni mieli tutaj własną dzielnicę, a w niej sanktuarium Matki Bożej Łaskawej. Dziś cudowny obraz z tego sanktuarium znajduje się w kościele św. św. Piotra i Pawła w Gdańsku.
Stanisławów był stolicą Pokucia, najdalej na południe wysuniętego regionu Rzeczypospolitej, wciśniętego pomiędzy Węgry a Mołdawię. Mieściła się w nim siedziba znakomitego gimnazjum, utworzonego przez założyciela miasta. Jego absolwentami było wielu sławnych ludzi, wśród nich poeta Franciszek Karpiński (autor bardzo popularnych pieśni “Kiedy ranne wstają zorze” i “Wszystkie nasze dzienne sprawy” oraz kolędy “Bóg się rodzi, moc truchleje”), biskup przemyski i tarnowski Franciszek Zachariasiewicz, arcybiskup ormiańskokatolicki Józef Teodorowicz oraz bohater bitwy z bolszewikami pod Zadwórzem w 1920 r., kpt. Bolesław Zajączkowski, a także bohater spod Arnhem, gen. Stanisław Sosabowski. W okresie międzywojennym w Stanisławowie nastąpił rozkwit szkolnictwa, powstało wiele nowych szkół państwowych i prywatnych, z dobrze przygotowaną kadrą pedagogiczną.
We wrześniu 1939 r. do miasta wkroczyli Sowieci. Rozpoczął się okres terroru. Dokonano licznych aresztowań, głównie wśród urzędników państwowych i samorządowych. Na Sybir i do Kazachstanu wywożono całe rodziny. Łączne straty wśród mieszkańców sięgnęły 2,5 tys. osób. W czasie ataku Hitlera NKWD zdążyło jeszcze dokonać masakry więźniów, wśród których byli zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. 30 czerwca 1941 r. do miasta wkroczyli Węgrzy, którzy do ludności cywilnej odnosili się bardzo życzliwie. Jednak po paru dniach władzę przejęli Niemcy. Szefem gestapo został nienawidzący Polaków Hans Krüger, rodem z Poznania, który od razu zarządził aresztowanie polskiej inteligencji. Pomagali mu w tym czynnie ukraińscy kolaboranci z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, kierowanej przez Stepana Banderę, jak również z Ukraińskiej Policji Pomocniczej. Tak jak we Lwowie tworzyli oni listy proskrypcyjne oraz brali udział w aresztowaniach. Część list układali nauczyciele z gimnazjum ukraińskiego. Zatrzymania nastąpiły 8 i 9 sierpnia 1941 r. Aresztantów zapewniano, że jadą na spotkanie z władzami miasta, by wspólnie omówić rozpoczynający się rok szkolny. Wśród 300 aresztowanych Polaków znaleźli się prawie wszyscy nauczyciele szkół powszechnych i średnich. Był wśród nich brat stryjeczny mojego dziadka, Kajetan Isakiewicz (używał nazwiska w tej formie), filolog klasyczny, a także zaprzyjaźniony z nim od dzieciństwa Aleksander Jordan, polonista, ojciec niedawno zmarłej w Krakowie prof. dr hab. Marii Jordan z Polskiej Akademii Nauk. Zatrzymania uniknął natomiast inny brat stryjeczny dziadka, ks. prałat Leon Isakowicz, katecheta gimnazjalny i proboszcz parafii ormiańskokatolickiej.
W wigilię uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej, czyli w nocy z 14 na 15 sierpnia, wszystkich aresztowanych wywieziono do Czarnego Lasu k. wsi Pawełcze. Tutaj nastąpiły egzekucje. Ciała wrzucano do wykopanych naprędce dołów śmierci. W podobny sposób, także na podstawie list proskrypcyjnych układanych przez członków OUN, zgładzono nauczycieli ze słynnego Liceum Krzemienieckiego. Rodzin nie powiadomiono, utrzymując, że aresztowani żyją. Pozwalano nawet na wysyłanie paczek (ich zawartość wyrzucano psom). Na marginesie dodam, że egzekucje odbyły się tego samego dnia, w którym w KL Auschwitz zastrzykiem z fenolu dobito o. Maksymiliana Kolbego. O zakonniku męczenniku słyszał prawie każdy, o nauczycielach męczennikach nie mówi się głośno nawet w Polsce.
Po rozprawie z inteligencją polską okupanci wzięli się za Żydów. W styczniu i lutym 1943 r., przy udziale policjantów ukraińskich, zlikwidowano getto w Stanisławowie, eksterminując trzydziestotysięczną społeczność żydowską miasta. W tym samym czasie rozpoczęło się ludobójstwo ludności polskiej na Pokuciu. Mordy były tutaj nie mniej krwawe niż na Wołyniu. W maju 1944 r. do miasta wkroczyła Armia Czerwona, a dwa lata później odjechały ostatnie transporty z wypędzonymi Polakami. W 1962 r. zmieniano nazwę miejscowości, aby zatrzeć ślad po jej założycielach. Wspomniany Hans Krüger nie poniósł żadnej odpowiedzialności za mordy na Polakach, dostał tylko kilka lat więzienia za zabójstwa na Żydach. Kolaborujący Ukraińcy uznawani są za bohaterów, a nowe władze miasta, zdominowane przez nacjonalistów, postawiły Banderze pomnik w samym centrum.
Na koniec dwie dobre wiadomości znad Dniepru. 2 bm. Naczelny Sąd Administracyjny w Kijowie podtrzymał decyzję Sądu Rejonowego w Doniecku o anulowaniu dekretów Wiktora Juszczenki nadających Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi tytuł bohatera Ukrainy. 6 bm. w katedrze św. Aleksandra w Kijowie odbył się ingres rzymskokatolickiego arcybiskupa, którym został bernardyn Piotr Malczuk. Jest to pierwsze takie wydarzenie w tym mieście od 1680 r.
ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
Gazeta Polska, 10 sierpnia 2011 r.
Polski Generał zamordowany na rozkaz Stalina...
Generał brygady Leopold Okulicki "Niedźwiadek", ostatni dowódca Armii Krajowej, nazwany przez Mołotowa "jawnym wrogiem Związku Radzieckiego" w kapturowym procesie 16 Przywódców Polskiego Państwa Podziemnego został skazany na 10 lat więzienia. To jednak nie wystarczyło sowieckim katom. Okulicki musiał zginąć. Zmarł w Wigilię, 24 grudnia 1946 r. w moskiewskim więzieniu na Butyrkach. Okoliczności jego tragicznej śmierci do dziś nie zostały do końca wyjaśnione, a miejsce pogrzebania generała jest nieznane.
Oficjalna, sowiecka wersja śmierci Leopolda Okulickiego od lat brzmi: zmarł na atak serca po operacji w szpitalu więziennym Butyrki. Wiele wskazuje jednak na to, że generał został zamordowany. Mówią o tym rosyjskie dokumenty, do których w latach 90. uzyskała dostęp strona polska. Nie wiadomo natomiast, jak wyglądały jego ostatnie chwile. Jeden z więźniów z sąsiedniej celi moskiewskiej katowni relacjonował, że 24 grudnia 1946 r. gen. Okulicki został siłą wyciągnięty z celi, słychać było odgłosy stawiania oporu i krzyk nadzorców więziennych.
Z całą pewnością wiadomo jedno: bohater Polski Podziemnej, odznaczony czterokrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Orderem Virtuti Militari V i IV Klasy, zginął na zlecenie władz ZSRS. (…)
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI
http://okulicki.ipn.gov.pl/
Mord sądowy na generałe Auguście Emilu Fieldorfie „Nilu”,
7 marca 1945 został aresztowany przez NKWD w Milanówku pod fałszywym nazwiskiem Walenty Gdanicki i nierozpoznany został zesłany do obozu pracy na Uralu. Po odbyciu kary, w październiku 1947 powrócił do Polski i osiedlił się pod fałszywym nazwiskiem w Białej Podlaskiej. Nie powrócił już do pracy konspiracyjnej. Przebywał następnie w Warszawie i Krakowie, a w końcu osiadł w Łodzi, przy dzisiejszej ul. Adama Próchnika (tablica pamiątkowa).
W odpowiedzi na obietnicę amnestii w lutym 1948 zgłosił się do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Łodzi i ujawnił, podając prawdziwe imię i nazwisko oraz stopień generała brygady. Mimo tego na ewidencję RKU został wciągnięty jako Walenty Gdanicki. W czerwcu tego roku zwrócił się na piśmie do ministra obrony narodowej z prośbą o uregulowanie stosunku do służby wojskowej. Pismo podpisał własnym imieniem i nazwiskiem. W październiku 1950 spotkał się z gen. Gustawem Paszkiewiczem, wówczas dyrektorem Biura Wojskowego Ministerstwa Leśnictwa, a przed wojną i w czasie kampanii wrześniowej, dowódcą 12 DP. Od byłego przełożonego uzyskał pisemne potwierdzenie przebiegu służby wojskowej w czasie wojny. Z tym dokumentem 10 listopada 1950 stawił się w Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Łodzi. Po wyjściu z siedziby RKU został aresztowany przez funkcjonariuszy UB, przewieziony do Warszawy i osadzony w areszcie śledczym MBP na ul. Koszykowej. Później przewieziony do więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej 37 i oskarżony o wydawanie rozkazów likwidowania przez AK partyzantów radzieckich. Pomimo tortur Fieldorf odmówił współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa.
Po sfingowanym procesie, w którym przedstawiono wymuszone w śledztwie przez UB zeznania podwładnych gen. Fieldorfa – mjr Tadeusza Grzmielewskiego "Igora" i płk. Władysława Liniarskiego "Mścisława", których torturowano, generał Fieldorf został 16 kwietnia 1952 skazany w Sądzie Wojewódzkim dla m. st. Warszawy przez sędzię Marię Gurowską (właśc. Maria Sand) na karę śmierci przez rozstrzelanie. W wydaniu tego wyroku wzięli udział również ławnicy Michał Szymański i Bolesław Malinowski. 20 października 1952 Sąd Najwyższy na posiedzeniu odbywającym się w trybie tajnym, pod nieobecność oskarżonego i jedynie na podstawie nadesłanych dokumentów, w składzie sędziowskim: Emil Merz, Gustaw Auscaler i Igor Andrejew, zatwierdził wyrok[3][4]. Prośba rodziny o ułaskawienie została odrzucona. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski.
Alicja Graff, wicedyrektor Departamentu III Generalnej Prokuratury zwróciła się do naczelnika więzienia o "wydanie niezbędnych zarządzeń do wykonania egzekucji". Wyrok przez powieszenie wykonano 24 lutego 1953 o godz. 15:00 w więzieniu Warszawa-Mokotów przy ul. Rakowieckiej.
Prokurator Witold Gatner moment ten opisał następująco: "Byłem zdenerwowany, napięty. Czułem, że trzęsą mi się nogi. Skazany patrzył mi cały czas w oczy. Stał wyprostowany. Nikt go nie podtrzymywał. Po odczytaniu dokumentów zapytałem skazanego, czy ma jakieś życzenie. Na to odpowiedział: 'Proszę powiadomić rodzinę'. Oświadczyłem, że rodzina będzie powiadomiona. Zapytałem ponownie, czy jeszcze ma jakieś życzenia. Odpowiedział, że nie. Wówczas powiedziałem: 'Zarządzam wykonanie wyroku'. Kat i jeden ze strażników zbliżyli się (...). Postawę skazanego określiłbym jako godną. Sprawiał wrażenie bardzo twardego człowieka. Można było wprost podziwiać opanowanie w obliczu tak dramatycznego wydarzenia". [5]
Miejsce spoczynku ciała Emila Fieldorfa przez wiele lat pozostawało nieznane. W kwietniu 2009 pojawiły się informacje, że pracownikom IPN udało się ustalić lokalizację grobu. Ciało generała spoczywa prawdopodobnie na Powązkach, blisko symbolicznego grobu wystawionego dla uczczenia jego pamięci.
W lipcu 1958 Generalna Prokuratura postanowiła umorzyć śledztwo z powodu braku dowodów winy. W marcu 1989 został zrehabilitowany, zmieniono postanowienie, "zarzucanej mu zbrodni nie popełnił".
http://fieldorf.pl/ - Bardzo dobrze zrobiona strona o Generale. POLECAM.
Los naszych jeńców też był tragiczny
Zbigniew Karpus – (Rzeczpospolita)
W bolszewickich obozach panowały warunki nieludzkie. W efekcie, tak jak w polskich, szalały w nich choroby – podkreśla historyk w rozmowie z Piotrem Zychowiczem
Rz: Co pan pomyślał, gdy przeczytał pan napis na rosyjskiej tablicy przytwierdzonej do monumentu pod Strzałkowem?
Że zrobił to ktoś, kto nie ma pojęcia o historii. Sam początek, czyli odwołanie się do 8 tysięcy żołnierzy bolszewickich, którzy zmarli w obozie w Strzałkowie, był nawet poprawny. Twierdzenie jednak, że zostali „brutalnie zamęczeni", a do tego jeszcze w „polskich obozach śmierci" to nieprawda. Tak jak każdego Polaka oburzył mnie ten napis, bo sugeruje, że polskie obozy jenieckie w 1920 roku przypominały niemieckie obozy śmierci z czasu II wojny światowej. To absurdalne porównanie.
Ale ludzie w nich umierali.
Tak, ale z powodu szalejących epidemii chorób zakaźnych. To chyba spora różnica? Tyfus czy czerwonka rzeczywiście zbierały w obozach obfite żniwo. Szacujemy, że w sumie zmarło 18 tysięcy jeńców. Ludzie ci nie zostali jednak zagłodzeni ani nikt ich nie rozstrzeliwał.
Ale czy obowiązkiem strony polskiej nie było powstrzymanie tych epidemii?
Proszę pamiętać o kontekście tych wydarzeń. Od lutego 1919 roku do Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 roku Polacy wzięli 9 tysięcy jeńców. I nagle jesienią 1920 roku do niewoli trafiło blisko 90 tysięcy bolszewików. Część poszła do ochotniczych oddziałów – kozackich, rosyjskich czy ukraińskich – które walczyły u boku Rzeczypospolitej z bolszewizmem, ale zdecydowana większość została za drutami. To była olbrzymia masa ludzi.
90 tysięcy?
Ale przecież to niejedyna grupa, którą polskie władze musiały się zająć. Skończyła się wojna, wielu ludzi było pod bronią. Trzeba było coś zrobić z demobilizującą się polską armią, do tego dochodziło 50 tysięcy naszych wschodnich sojuszników.
A zapasy były niewielkie. Władze musiały podjąć decyzję, komu pomóc w pierwszej kolejności: swoim czy wrogom? O wsparcie w tej sprawie Polska zwracała się zresztą do Francuzów i Brytyjczyków, ale ci nie mieli ochoty jej udzielić. Tylko Amerykanie przysłali trochę mundurów.
A Polacy nie robili nic?
Robili sporo i w końcu opanowali sytuację. Z pewnym opóźnieniem, bo w lutym 1921 roku, ale epidemie powstrzymano. Wyremontowano baraki, zbudowano szpitale, dostarczono ciepłą odzież. Proszę pamiętać, że ci ludzie byli brani do niewoli latem i mieli tylko lekką, na ogół lichą odzież. A zniszczona przez bolszewicki najazd Polska nie bardzo miała jak zapewnić im ubrania. Padł pomysł, żeby zdemobilizowani żołnierze oddawali mundury, ale ci żołnierze także stracili swoje rzeczy w taborach, szli więc do cywila w mundurach.
Czy władze obozowe nie alarmowały Warszawy, że sytuacja jest dramatyczna?
Oczywiście, że alarmowały. To właśnie na ich wniosek na początku 1921 roku zaczęto udzielać jeńcom kompleksowej pomocy. Polskie władze naprawdę starały się ulżyć losowi tych ludzi.
W Rosji pojawiają się twierdzenia, że śmierć jeńców była celową polityką eksterminacji.
Absurd. Rosjanie długo szukali dokumentów, które by udowodniły to twierdzenie. Były nawet sugestie, że Polacy świadomie zarażali jeńców zarazkami chorób. Nic przekonującego jednak w archiwach nie znaleziono. Państwo polskie nie było państwem totalitarnym, tylko demokratycznym o systemie wielopartyjnym. Była tu wolna prasa, do obozów pełny dostęp mieli dziennikarze, organizacje charytatywne i misje Czerwonego Krzyża, w tym misja sowiecka. Mało tego, obozy nie znajdowały się na odludziach, tylko w gęsto zamieszkanej Polsce zachodniej. To nie była Syberia, gdzie z ludźmi można było zrobić wszystko. Potajemna eksterminacja bolszewickich jeńców była niemożliwa technicznie.
Czy zdarzały się przypadki sadyzmu wobec jeńców?
Niestety, zdarzały się. Na przykład przypadek kapitana Wagnera i porucznika Malinowskiego, którzy znęcali się nad więźniami w Strzałkowie. Dochodziło tam do bicia bolszewików kijami, kopania czy policzkowania. Obaj oficerowie zostali pociągnięci za te czyny do odpowiedzialności. Obu zamknięto w więzieniu. Były inne podobne sprawy, które zresztą szeroko relacjonowała polska prasa. To, że Polska tak stanowczo zwalczała nadużycia, najlepiej chyba świadczy, że nie chciała wymordować jeńców.
W bolszewickich obozach panowały warunki nieludzkie. W efekcie, tak jak w polskich, szalały w nich choroby – podkreśla historyk w rozmowie z Piotrem Zychowiczem
Stosunki polsko-sowieckie były w dwudziestoleciu dość napięte. Czy Sowiety kiedykolwiek grały przeciw nam kartą jeńców 1920 roku?
Nie. Tylko podczas rokowań pokojowych w Rydze w 1921 roku sprawę tę poruszył szef sowieckiej delegacji Adolf Joffe. Mówił zresztą o absurdalnej liczbie 60 tysięcy zmarłych. Potem sprawa całkowicie zniknęła. Moskwa nie interesowała się nią aż do upadku Związku Sowieckiego.
Dlaczego to się zmieniło?
W 1990 roku, gdy Sowieci przyznali się do zbrodni katyńskiej, Michaił Gorbaczow zwrócił się do sowieckiej Akademii Nauk, żeby znalazła w historii jakieś wydarzenie obciążające stronę polską. Jakiś anty-Katyń. Chciano osłabić wydźwięk zbrodni katyńskiej i pokazać, że nikt nie był bez winy. Na początku myślano o wykorzystaniu roku 1612, czyli spalenia przez Polaków Moskwy. Kiedy uznano, że było to zbyt dawno, ktoś podsunął kwestię jeńców 1920 roku.
I maszyna propagandowa ruszyła. Do dziś rosyjscy przywódcy, gdy wypowiadają słowo Katyń, to jednym tchem mówią o sowieckich jeńcach.
Takie porównania są niedopuszczalne. Z jednej strony mamy jeńców, którzy zmarli z powodu chorób, z drugiej – świadomą decyzję sowieckiego kierownictwa o eksterminacji polskiego korpusu oficerskiego. Zbrodni tej przez pół wieku towarzyszyło perfidne kłamstwo. Mówimy więc o rzeczach o całkowicie innym ciężarze gatunkowym.
W sporze Katyń – anty-Katyń gubi się sprawa polskich jeńców 1920 roku. Czy ich pobyt w bolszewickich obozach jenieckich był sielanką?
Skądże! Panowały tam warunki nieludzkie. Rozwalające się baraki, brak opieki medycznej, nędzne odżywianie. W efekcie, tak jak w polskich obozach jenieckich, szalały w nich choroby. Oczywiście, skala zjawiska była mniejsza, bo to Polska wygrała wojnę i naszych jeńców było znacznie mniej. Oceniamy, że w bolszewickich obozach i więzieniach (bo część jeńców przejęła Czeka) umrzeć mogły ponad 3 tysiące naszych żołnierzy.
A zbrodnie na polu bitwy?
To inna sprawa i nie wiem, czy jest sens te dwie kwestie mieszać. Nie jest jednak tajemnicą, że bolszewicy mordowali na miejscu wziętych do niewoli oficerów. Doszło też do szeregu masakr jeńców. Na przykład w Zadwórzu pod Lwowem, gdzie zasieczono szablami 400 osób. Pamiętajmy jednak, że i strona polska – choć naturalnie na zdecydowanie mniejszą skalę – także rozstrzeliwała jeńców.
Na przykład po Bitwie Warszawskiej zabito służących w Armii Czerwonej Chińczyków. Były przypadki rozstrzeliwania komisarzy.
Chyba z ręki bolszewików w 1920 roku ginęli też cywile.
To była wojna rewolucyjna. Zabijano więc ziemian, inteligencję i innych „wrogów ludu". Każda wojna obfituje jednak w straszliwe wydarzenia. Tego, co się działo na froncie, nie mieszałbym więc z kwestią traktowania jeńców przez obie strony konfliktu.
Rosjanie sprawnie grają kartą anty-Katynia. Czy Polska nie powinna więc przypominać o losie naszych jeńców z 1920 roku?
Od dłuższego czasu zwracamy uwagę, że to, co się stało z jeńcami bolszewickimi w 1920 roku, można zestawić wyłącznie z tym, co stało się z jeńcami polskimi w 1920 roku. Wraz z kolegami wydaliśmy zbiór dokumentów na temat tragicznego losu naszych żołnierzy w bolszewickiej niewoli „Zwycięzcy za drutami". Niedługo ukaże się praca „Polacy na Syberii" zawierająca dramatyczne wspomnienia jeńców wracających z obozów.
Dlaczego polscy politycy nie używają tej karty w relacjach z Rosją? Może powinni panowie przygotować trzy paczki i przesłać obie książki Bronisławowi Komorowskiemu, Donaldowi Tuskowi i Radosławowi Sikorskiemu?
A wie pan, że chyba rzeczywiście tak zrobimy.
Zbigniew Karpus jest profesorem historii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Napisał m.in. pracę „Jeńcy i internowani rosyjscy i ukraińscy na terenie Polski w latach 1918 – 1924". Jest współprzewodniczącym polsko-rosyjskiej komisji ds. zbadania losów jeńców wojennych wojny 1920 roku
58 lat temu, 11 października 1953 r., w więzieniu w Białymstoku komunistyczni oprawcy zamordowali ostatniego dowódcę 6. Brygady Wileńskiej AK, legendarnego kpt. Kazimierza Kamieńskiego ps. “Huzar”.
W końcu marca 1953 r. w dwóch pokazowych procesach w Łapach i Ciechanowcu kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” i jego pięciu żołnierzy skazano na karę śmierci. Rada Państwa PRL odmówiła skorzystania z prawa łaski. Starannie wyreżyserowany proces stał się narzędziem najbardziej brutalnej komunistycznej propagandy – żołnierzy Armii Krajowej oskarżano w nim o współpracę z Niemcami, działanie z niskich pobudek, itp.
Te propagandowe kłamstwa powtarzano później, niemal do czasów nam współczesnych, sprzedajni historycy, literaci i publicyści. Oprócz kpt. “Huzara”, w dniach 22 IX i 11 X 1953 r., zamordowano również pięciu jego żołnierzy. Byli to:
- Mieczysław Grodzki “Żubryd”,
- Wacław Zalewski “Zbyszek”,
- Kazimierz Parzonko “Zygmunt”,
- Kazimierz Radziszewski “Marynarz”,
- Józef Mościcki “Pantera”.
Miejsce ich pochówku do dzisiaj pozostaje nieznane.
O poparciu jakim cieszył się kpt. „Huzar” wśród mieszkańców Podlasia świadczy fakt, że zdołał prowadzić walkę do końca 1952 r. W wyniku prowokacji przygotowanej przez MBP – związanej ze sprawą tzw. V Komendy WiN – został zwabiony podstępnie do Warszawy i tam 27 X 1952 r. aresztowany. 26 III 1953 r. skazany na karę śmierci przez WSR w Warszawie w procesie pokazowym na sesji wyjazdowej w Łapach i 11 X 1953 stracony w więzieniu w Białymstoku.
11 listopada 2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie kpt. Kazimierza Kamieńskiego “Huzara” Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski “Polonia Restituta”. 18 listopada 2007 roku, z inicjatywy Fundacji “Pamiętamy”, w centrum miasta Wysokie Mazowieckie odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika upamiętniającego kpt. Kazimierza Kamieńskiego “Huzara” i jego żołnierzy z oddziałów partyzanckich Obwodu AK-AKO-WiN Wysokie Mazowieckie oraz 6. Brygady Wileńskiej AK poległych w latach 1944 – 1953.
Więcej o Kazimierzu Kamieńskim ps. “Huzar”, patrz tutaj.
W kolejną, bolesną rocznicę - ks.J.Popiełuszko
Po morderstwie ks. Jerzego Popiełuszko po raz w dziejach Polski Ludowej opinia publiczna uzyskała dostęp do ściśle strzeżonych (oczywiście jedynie wybranych) informacji na temat realnego systemu panującego nad Polakami.
Śmierć księdza Jerzego wbrew intencjom ówczesnej ekipy rządzącej nie tylko nie pomogła jej w utrzymaniu władzy, a raczej unaoczniła skrywane bezprawie oraz kłamstwa ciążące na realnym systemie komunistycznym. Ten zanik wiarygodności ekipy Jaruzelskiego wiązać należy z faktem, iż opinia publiczna otrzymała wówczas po raz pierwszy bodaj w dziejach Polski Ludowej dostęp do ściśle strzeżonych (oczywiście jedynie wybranych) informacji na temat realnego systemu panującego nad Polakami.
Od 1985 r., kiedy to ówczesny sąd – mimo usilnych starań przeciwnych– dopuścił do pojawiania się w przestrzeni publicznej choćby szczątkowej wiedzy na temat MSW, upłynęło wiele lat. Dziś, za sprawą m.in. IPN, nasza wiedza na temat funkcjonowania PRL, w tym na temat tej konkretnej zbrodni jest dużo większa. W rocznicę śmierci błogosławionego kapłana, IPN na swoich stronach internetowych umieścił kolejną porcję dokumentów obrazujących rzeczywistość komunizmu w wersji nadwiślańskiej. Ks. Jerzy jako młody kapłan został zakwalifikowany przez SB, zapewne z racji swego dobrego charakteru, co niesłusznie zostało uznane jako dowód słabości, jako tzw. kandydat na tajnego współpracownika. Jednak szybko „połapano się” w Wydziale IV SUSW (Stołeczny Urząd Spraw Wewnętrznych) nadzorowanym przez tow. Leszka Wolskiego, iż ks. Jerzy stanowić będzie zagrożenie dla reżimu. Po kilku miesiącach od wprowadzenia stanu wojennego, po kolejnych raportach dotyczących odprawianych w kościele św. Stanisława mszy św. za Ojczyznę, lokalne struktury SB podjęły decyzję o inwigilacji „figuranta” z Żoliborza.
Od września 1982 r. sprawa operacyjnego rozpracowania (SOR) krypt. „Popiel” ruszyła żwawo. W ciągu kolejnych miesięcy zdobywano interesujące bezpiekę wiadomości na temat ks. Jerzego, m.in. od pozyskanej nowej lub „zadaniowanej” starej agentury. Jednym z najbardziej pracowitych agentów okazał się być tw „Tarcza”, „Miecz”, który – jako działacz mazowieckiej „S”- był częstym gościem u żoliborskiego kapłana. Od późnej jesieni 1983 r., gdy walka z Kościołem rozgorzała na nowo (wzorem czasów stalinowskich), sprawa ks. Jerzego stała się jedną z ważniejszych, służących represjonowaniu kapłana, a jednocześnie dezintegracji środowisk kapłańskich i kościelnych.
Do dziś nie wiemy, czy zbrodnia wykonana 19 X 1984 r., stanowiła element zastraszenia ludzi Kościoła i została wykonana de facto na zlecenie generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego. Jest to teoria bardzo prawdopodobna. Jednakże wiemy także, ze źródeł pośrednich, iż w MSW istniała komórka obsadzona przez „doradcę” sowieckiego, który miał własne kanały informacyjne i dotarcie do funkcjonariuszy „IV”-ki. Czy zbrodnia ta była zatem zlecona przez Moskwę, by poskromić zapędy generałów próbujących z jednej strony walczyć skutecznie z Kościołem w kraju, a z drugiej strony „ulegać” papieżowi prowadząc rozmowy z dyplomacją watykańską? A może, to jednak – jak usilnie starali się wmówić biskupom sami generałowi – był spisek wewnętrzny, twardej opozycji z generałem Mirosławem Milewskim na czele? Ta wersja wypadków wiąże się z faktyczną próbą wyeliminowania Milewskiego ze szczytów władz za sprawą przecieku o odkryciu tzw. „afery żelazo”. Faktem jest, iż stronnicy frakcji „twardogłowej” wkrótce zostaną wyeliminowani z gry politycznej, a jeden z jej liderów – Stefan Olszowski – uda się nawet na emigrację do USA. Zobaczymy, czy zacznie kiedyś mówić na temat okoliczności śmierci ks. Jerzego.
Z materiałów odnalezionych w IPN, w tym przez pion śledczy, można wnioskować m.in., że z zeznania na zeznanie trójka aresztowanych funkcjonariuszy SB mówiła coraz więcej i szczerzej. Ich relacja dotycząca pierwszej próby zabójstwa kapłana (13 X), jak i szczegółowy opis tortur zadanych kapłanowi 19 X, staje się wiarygodna. Świadczyć to mogło o uświadomieniu sobie przez oprawców, iż parasol ochronny przestał być tak szczelny, jak sądzono do 19 października 1984 r. włącznie. Z kolei, taśmy z nagraniami rozmów najbliższej rodziny (żony i syna) płk Adama Pietruszki świadczą o tym, że istnienia pełna świadomość w gronie wtajemniczonych osób, iż wicedyrektor IV Departamentu stał się jedynie wygodnym instrumentem do zatrzymania sprawy wyjaśnienia okoliczności zbrodni na jak najniższym szczeblu władzy i odpowiedzialności. Szantażowanie rodziny, a jednocześnie kuszenie jej potencjalną możliwością wypuszczenia w każdej chwili skazanego na 25 lat męża i ojca, stanowiło wystarczającą zaporę przed ewentualną ochotą do publicznego ujawniania jakichkolwiek informacji. SB-ek, stał się w ten sposób katem we własnej sprawie.
Ujawnione materiały opowiadają także m.in. o pracy wywiadu komunistycznego, którego rzymska rezydentura miała za zadanie śledzenie watykańskich opinii i interpretacji dotyczących śmierci warszawskiego kapłana. Z satysfakcją odnotowywano rozprzestrzenianie się nieoficjalnej wersji, a lansowanej przez generałów, o spisku, mającym utrudnić pogłębianie się rozmów państwo – Kościół. W ten sposób sprawca zbrodni – reżim zarządzany przez Kiszczaka i Jaruzelskiego, stawał się drugą jej ofiarą. Na szczęście papież Jan Paweł II nie był skory do przyjęcia tak karkołomnej tezy, co ostatecznie zaowocowało jego modlitwą przy grobie ks. Jerzego podczas III Pielgrzymki do kraju, w 1987 r. Kolejna porcja dokumentów, która zostanie przekazana opinii publicznej będzie dotyczyć m.in. zainteresowania się Stasi losem sprawy polskiego męczennika. Swoiście pojmowany przez komunistów „internacjonalizm” kazał NRD-owskim służbom (w tym wywiadowi) bronić dobrego imienia „bloku”, a zatem włączyć się w proces dezinformowania zachodniej opinii publicznej.
Nowa porcja wiedzy (informacji) dotycząca okoliczności śmierci ks. Jerzego nie mówi tam wiele nowego na temat samej zbrodni i cierpienia błogosławionego męczennika. To już wiemy! Mówi nam jednak wiele o systemie, o metodach rozpracowywania przez machinę państwa totalnego jednego człowieka – skromnego kapłana, który powtarzał za św. Pawłem i Prymasem Tysiąclecia: „Zło dobrem zwyciężaj”.
Jan Żaryn
Jan Żaryn – Historyk, profesor UKSW, pracownik IPN, były dyrektor BEP IPN, prezes Stowarzyszenia PJN, społecznik, wychowawca.
Mord polityczny w Polsce. Zabójstwo 15-letniego Bohdana Piaseckiego
Michał Engelhardt
Pogrzeb Bohdana Piaseckiego

Fot. Wikipedia/Słowo Powszechne
Z notatki policyjnej: "W piwnicach budynku pod delikatesami vis-a-vis sądów znaleziono martwego chłopca z nożem w piersi w pozycji siedzącej, opartego o miskę klozetową". Był ósmy grudnia 1958 roku. Bohdan Piasecki został porwany prawie dwa lata wcześniej. Porywaczy i morderców nigdy nie złapano.

Fot. Wikipedia/Shalom
Budynek, w którego podziemiach znaleziono ciało Bohdana Piaseckiego
Zabójstwo Bohdana Piaseckiego miało pozostać na zawsze niewyjaśnione. I tak się stało. 15-letni chłopak był synem Bolesława, twórcy i prezesa PAX, organizacji tzw. postępowych katolików.
Kim był Bolesław PiaseckiPrzed II Wojną Światową Bolesław Piasecki był narodowcem, antykomunistą i antysemitą. Dowodził ONR-Falanga, której bojówka, w 1937 roku, ostrzelała pochód Bund - żydowskiej partii socjalistycznej. Zginęła wtedy 6-letnia dziewczynka. W czasie wojny działał w partyzantce. Utworzył Uderzeniowe Bataliony Kadrowe. Zarzuca im się, że mordowały błąkających się po lasach Żydów.
W listopadzie 1944 roku Piasecki zostaje aresztowany przez NKWD. Trafia do więzienia na Zamku w
Lublinie. Tam dochodzi do niezwykłego spotkania. Rozmawia z nim generał Iwan Sierow, ówczesny wiceszef NKWD. Nie wiadomo, jak się dogadali, polski narodowiec z radzieckim generałem od bezpieczeństwa, ale Piasecki odzyskał wolność. Został przekazany i polecony polskim władzom. Niedługo, w porozumieniu z Władysławem Gomułką, zaczął budować PAX.
Wkrótce organizacja postępowych katolików stała się imperium. Wydawała książki, czasopisma, produkowała dewocjonalia. Miała własne, katolickie liceum.
Bolesław Piasecki budził skrajne uczucia. Albo go wielbiono, albo nienawidzono. Mało kto odnosił się do niego obojętnie.
Porwanie22 stycznia 1957 roku, około g. 13.30, pięciu chłopców wyszło z należącego do PAX warszawskiego liceum imienia św. Augustyna. Wśród nich był Bohdan Piasecki i jego przyjaciel
Wojciech Szczęsny. Szli ulicą Naruszewicza w kierunku Puławskiej. Na rogu ul. Wejnerta stali mężczyźni - sprzedawca z pobliskiego kiosku zeznał później, że dwaj (pobili go potem nieznani sprawcy). Szczęsny rzucił do kolegów: typowi tajniacy. Mężczyźni podeszli do chłopców, machnęli legitymacją. - Obywatel Piasecki? - spytali. Poszli z Bohdanem do czekającej taksówki. Zaniepokojeni koledzy Piaseckiego zanotowali numer rejestracyjny auta: T-75-222.
Samochód ruszył ul. Wejnerta i wjechał w ul. Malczewskiego. Bocznymi ulicami taksówka dojechała do gmachu sądów przy dzisiejszej Alei Solidarności (wtedy ul. Leszno).
Tego samego dnia w gabinecie dyrektora liceum św. Augustyna zadzwonił telefon. Osoba przedstawiająca się jako urzędnik Ministerstwa Oświaty spytała, czy Bohdan Piasecki to syn Bolesława. Nieznana osoba zadzwoniła też do domu Piaseckich. Poinformowała o liście czekającym na Bolesława Piaseckiego w Urzędzie Pocztowym nr 1 na poste restante. Z niego ojciec Bohdana dowiedział się o porwaniu. Syn miał być uwolniony w zamian za cztery tysiące dolarów i 100 tysięcy złotych
Ofiary komunistycznych bandytów w PRL po 13 grudnia 1981
Tak wyglądało życie w PRL. Zdjęcie z fimu o mordzie na rotmistrzu Witoldzie Pileckim w więzieniu na Mokotowie. — Komunistyczny oprawca z UB: "Nie obowiązują nas żadne przepisy prawne! Wcześniej czy później zostaniesz zastrzelony jak pies pod płotem"
Ofiary komunistycznych bandytów po 13 grudnia 1981
Gdyby w PRL-bis istniała jakakolwiek sprawiedliwość — to tow. Jaruzelski jako komunista, sowiecki agent i sowiecki generał, a jednocześnie nadzorca bandytów odpowiadający za zbrodnie dokonywane przez tajne służby w PRL — już dawno byłby skazany razem ze swoimi zbolszewizowanymi wspólnikami i podwładnymi bandytami z SB oraz innych tajnych sowieckich służ w PRL. Wszyscy ci zbrodniarze komunistyczni byliby skazani za swoje czyby kryminalne oraz komunistyczne zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu…[i]
Poniżej tekst ze strony IPN
Wprowadzenie 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego otworzyło nowy rozdział w dziejach komunistycznego terroru w powojennej Polsce. Tysiące osób internowano, aresztowano, z przyczyn politycznych zwolniono z pracy. W efekcie działań aparatu przemocy kilkadziesiąt osób straciło życie, setki zdrowie.
Przygotowując wprowadzenie stanu wojennego, komuniści od początku liczyli się z ofiarami śmiertelnymi. Zakładali, iż będzie ich znacznie więcej, niż było w rzeczywistości. W przeprowadzonej pod koniec września 1981 r. rozmowie z wysłannikiem kierownictwa NSPJ, Konradem Naumanem, jeden z liderów tak zwanych "zdrowych sił" w PZPR, Stanisław Kociołek stwierdził bez ogródek: "taka droga kosztować będzie być może tylko kilka tysięcy ofiar, podczas gdy kontynuacja dotychczasowego tak zwanego porozumienia prowadzić musi do rozlewu krwi, do morza krwi".
Tuż przed 13 grudnia w szpitalach przygotowano tysiące miejsc dla rannych. Dziesiątkom tysięcy aktywistów PZPR rozdano broń palną.
W momencie rozpoczęcia operacji wprowadzania stanu wojennego do komendantów wojewódzkich Milicji Obywatelskiej dzwonili wiceministrowie spraw wewnętrznych, przekazując hasło do rozpoczęcia działań, a także udzielając dodatkowych ustnych instrukcji. Do KW MO w Legnicy zadzwonił gen. Edward Tarała, którego zalecenia kończyło zdanie: "nie używać bezmyślnie broni, aby nie było zbędnych trupów". Wszelki dodatkowy komentarz do tych słów i zawartej w nich pogardy dla ludzkiego życia wydaje się zbędny.
Ofiary pacyfikacji [bandyci z ZOMO mówili, że "strzelali "na łeb i komorę", w efekcie "fik i ludzik znikał"]
W okresie obowiązywania stanu wojennego, a więc między 13 grudnia 1981 a 22 lipca 1983 r., zdecydowaną większość ofiar stanowiły osoby zamordowane lub zmarłe podczas tłumienia masowych protestów społecznych.
Pierwszą z nich był Tadeusz Kostecki, uczestnik strajku na Politechnice Wrocławskiej. Podczas brutalnej pacyfikacji uczelni, nad ranem 15 grudnia 1981 r., zmarł on na zawał serca.
W tym samym dniu po raz pierwszy na większą skalę przeciwko strajkującym użyto broni palnej. W czasie tłumienia protestu w kopalni "Manifest Lipcowy" w Jastrzębiu pluton specjalny katowickiego ZOMO ranił kilku górników.
Funkcjonariusze tej samej jednostki 16 grudnia 1981 r. otworzyli ogień z broni maszynowej do strajkujących górników w kopalni „Wujek” w Katowicach. W efekcie na miejscu zginęło siedem osób — Józef Czekalski, Józef Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk i Zenon Zając. Kilkunastu protestujących raniono, dwu z nich (Joachim Gnida i Jan Stawisiński) zmarło w styczniu 1982 r. w szpitalu. Prawie wszystkie rany postrzałowe umiejscowione były w górnych partiach ciała (głowa, klatka piersiowa, brzuch, ręce), co jednoznacznie świadczy o zamiarach zomowców. Jak przechwalali się kilka miesięcy później podczas szkolenia taterniczego, używając języka myśliwskiego, strzelali "na łeb i komorę", w efekcie "fik i ludzik znikał"...
Kolejne ofiary przyniosła pacyfikacja demonstracji 17 grudnia 1981 r. w Gdańsku. Od kuli zginął wówczas Antoni Browarczyk, kolejne dwie osoby otrzymały rany postrzałowe.
Drogę do użycia broni palnej w grudniu 1981 r. otworzył tajny szyfrogram ministra spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka, który upoważnił dowódców pododdziałów MO do samodzielnego wydawania rozkazów w tym zakresie.
Pozbawione przywódców społeczeństwo po pacyfikacji grudniowych strajków zaprzestało na kilka miesięcy otwartych protestów. Gdy jednak dochodziło do spontanicznych manifestacji, były one brutalnie rozpędzane.
W trakcie rozpraszania demonstracji 13 lutego 1982 r. w Poznaniu został śmiertelnie pobity przypadkowy przechodzień — Wojciech Cieślewicz.
Kolejne ofiary przyniosła pacyfikacja masowych manifestacji, do jakich doszło 1 i 3 maja 1982 r. W Szczecinie zmarł zatruty gazami łzawiącymi Władysław Durda. W Warszawie podczas rozpraszania demonstracji trzeciomajowej zmarł Mieczysław Radomski.
Po kolejnych nieudanych próbach złożenia władzom oferty porozumienia narodowego, Tymczasowa Komisja Koordynacyjna „Solidarności” wezwała pod koniec lipca 1982 r. do masowych protestów w rocznicę podpisania Porozumień Gdańskich. Stanowisko władz przedstawił 25 sierpnia 1982 r. w telewizyjnym przemówieniu gen. Czesław Kiszczak: „Jeżeli za mało było dotychczasowych lekcji, prowokatorzy odbiorą następne”.
Słowa te 31 sierpnia wcielono w czyn. Areną najtragiczniejszych wydarzeń stał się Lubin. W wyniku użycia broni przez milicjantów na miejscu zginęli Mieczysław Poźniak i Andrzej Trajkowski, po kilku dniach zmarł śmiertelnie ranny Michał Adamowicz. Osiem dalszych osób raniono. Strzelanina na ulicach miasta trwała przez kilka godzin. Funkcjonariusze, zwłaszcza członkowie tak zwanych "grup rajdujących" krążących „Nysami” po ulicach, popadli w swoisty amok. Jak zeznawał jeden z nich: „Nie potrafię powiedzieć, jak długo to trwało. Nie potrafię powiedzieć, ile wystrzelałem ostrej amunicji i czy zakładałem do karabinu nowe magazynki. [...] To żadna przyjemność strzelać, gdy na ulicy znajdują się ludzie”.
Broni palnej użyto 31 sierpnia 1982 r. także w innych miastach. We Wrocławiu od kul zginął wracający z pracy Kazimierz Michalczyk. W Kielcach śmiertelnie pobito Stanisława Raka, zaś w Gdańsku zmarł zatruty gazami łzawiącymi Piotr Sadowski.
Kolejne ofiary pociągnęło za sobą tłumienie protestów związanych z delegalizacją NSZZ „Solidarność”. 12 października 1982 r. podczas manifestacji w Gdańsku petarda raniła w głowę Wacława Kamińskiego. Podczas transportu do szpitala został on dodatkowo pobity przez zomowców i po kilku tygodniach zmarł.
Dzień później funkcjonariusz SB zastrzelił w trakcie demonstracji w Nowej Hucie Bogdana Włosika.
10 listopada 1982 r. w Warszawie ZOMO śmiertelnie pobiło przypadkowego przechodnia — Stanisława Królika.
Podobnie jak rok wcześniej, ofiary śmiertelne pociągnęła za sobą pacyfikacja protestów pierwszo- i trzeciomajowych w 1983 r. We Wrocławiu zmarł Bernard Łyskawa, który po uderzeniu granatem gazowym w klatkę piersiową doznał zawału serca. Również po postrzeleniu petardą w szyję zginął w Krakowie Ryszard Smagur.
Ostatnią ofiarą pacyfikacji demonstracji była Janina Drabowska, zmarła w skutek zmasowanego użycia gazów łzawiących podczas manifestacji 31 sierpnia 1983 r. w Nowej Hucie.
Pobici na śmierć
W okresie stanu wojennego i po jego zniesieniu brutalną agresję funkcjonariuszy „sił porządkowych” wzbudzali nie tylko uczestnicy różnego rodzaju protestów. Śmierć ponosiły także osoby brutalnie przesłuchiwane, czy też młodzi ludzie, których jedyną „winą” były drobne oznaki sprzeciwu wobec systemu komunistycznego lub po prostu nonkonformistyczny wygląd lub zachowanie.
21 marca 1982 r. w Przemyślu aresztowano pod zarzutem kolportażu ulotek Mieczysława Rokitowskiego. Kilka dni później został on skatowany na śmierć w areszcie w Załężu. 2 kwietnia 1982 r. dwaj pijani żołnierze patrolujący ulice w Białej Podlaskiej zastrzelili bez powodu dziewiętnastoletniego Wojciecha Cieleckiego.
11 maja 1982 r. w Poznaniu został śmiertelnie pobity przez milicjantów uczeń Technikum Ogrodniczego Piotr Majchrzak. Najprawdopodobniej jego jedyną winą był wpięty w ubranie opornik, popularny symbol sprzeciwu wobec władz stanu wojennego.
1 marca 1983 r. w Poznaniu podczas przesłuchania został śmiertelnie pobity Jan Ziółkowski, współpracownik Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Czerwca ’56. Zmarł 5 marca 1983 r.
Dwa dni później po kolejnym przesłuchaniu w KW MO w Katowicach, zmarł na zawał serca działacz pszczyńskiej „Solidarności”, Józef Larysz.
12 maja 1983 r. na Starym Mieście w Warszawie patrol MO zatrzymał maturzystę Grzegorza Przemyka. Został on brutalnie pobity i zmarł dwa dni później w wyniku poniesionych obrażeń.
7 stycznia 1985 r. na komisariacie kolejowym MO śmiertelnie pobito górnika jednej z gliwickich kopalni, Romana Franza.
19 października 1985 r. w Olsztynie funkcjonariusze ZOMO zatrzymali studenta Uniwersytetu Gdańskiego, Marcina Antonowicza. Został brutalnie pobity i wyrzucony z jadącej ciężarówki. Zmarł 2 listopada 1985 r. nie odzyskawszy przytomności.
29 sierpnia 1986 r. w Goleniowie został ciężko pobity Grzegorz Luks. Obrażenia wewnętrzne stały się przyczyną jego śmierci kilka miesięcy później.
Samobójstwa
Stan wojenny, po spadku liczby samobójstw w 1981 r., przyniósł gwałtowny ich wzrost, trwający systematycznie do 1989 r. Kilka z nich miało ewidentne tło polityczne. Już 13 grudnia 1981 r., na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego, targnął się na swoje życie działacz opozycji przedsierpniowej i „Solidarności”, pierwszy redaktor „Tygodnika Mazowsze”, Jerzy Zieleński.
Śmiercią z własnej ręki zakończyła się dramatyczna historia działacza jeleniogórskiej „Solidarności”, Kazimierza Majewskiego. Zaszczuty przez funkcjonariuszy SB usiłujących nakłonić go do współpracy, 29 października 1982 r. popełnił samobójstwo. Przyczyny swej decyzji wyjawił w pozostawionym liście do rodziny.
Niektóre „samobójstwa” pozwalają na uzasadnione podejrzenie udziału funkcjonariuszy MSW. Tak było chociażby w przypadku wybitnego działacza gdańskiej opozycji, Jana Samsonowicza. 30 czerwca 1983 r. znaleziono jego ciało powieszone na ogrodzeniu stadionu RKS „Stoczniowiec” w Gdańsku.
Wątpliwości budzi także śmierć działacza białostockiej „Solidarności” i Komitetów Obrony Więzionych za Przekonania, Zbigniewa Simoniuka. W stanie wojennym został on internowany, a następnie skazany na dwa lata więzienia. Według oficjalnej wersji 8 stycznia 1983 r. popełnił samobójstwo w celi białostockiego więzienia.
W wątpliwość poddawano także samobójcze podłoże śmierci (upadek z 10. piętra) działacza podziemnej „Solidarności” Zbigniewa Wołoszyna, fizyka z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej, zajmującego się sprawą skutków awarii w Czernobylu.
Mordy skrytobójcze
Po oficjalnym zniesieniu stanu wojennego 22 lipca 1983 r. wśród ofiar reżimu komunistycznego dominują osoby, które zginęły skrytobójczo zamordowane. Pierwsze ofiary „nieznanych sprawców” padły jednak wcześniej. 3 czerwca 1982 r. zginął, utopiony w Wiśle, uczeń jednego z warszawskich liceów, Emil Barchański. Jego „winą” było zdemaskowanie (w dodatku przed sądem) metod prowadzenia śledztwa przez SB.
31 stycznia 1983 r. w nigdy nie wyjaśnionych okolicznościach zmarł współzałożyciel radomskiej „Solidarności”, działacz KPN Jacek Jerz. Podobny los spotkał Ryszarda Kowalskiego, przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w Hucie Katowice. Zaginął on 7 lutego 1983 r., zaś jego zwłoki wyłowiono z Wisły 30 marca tego samego roku.
Również w rzece odnaleziono ciało Bogusława Podborączyńskiego, młodego działacza „Solidarności” z Nysy.
17 kwietnia 1983 r. w najprawdopodobniej zaplanowanym wypadku samochodowym został ciężko ranny znany poznański duszpasterz akademicki o. Honoriusz Kowalczyk, który następnie 8 maja 1983 r. zmarł.
7 września 1983 r. zaginął działacz małopolskiej „Solidarności”, Tadeusz Frąś. Wkrótce potem w Krakowie znaleziono jego ciało ze śladami ciężkiego pobicia. Kilka miesięcy później „zaginął” wybitny działacz rolniczej „Solidarności”, Piotr Bartoszcze. Po dwu dniach, 9 lutego 1984 r. odnaleziono jego ciało z licznymi obrażeniami wskazującymi na torturowanie przed śmiercią.
Nocą z 23 na 24 lutego 1984 r. w Stalowej Woli „nieznani sprawcy” zamordowali działacza NSZZ „Solidarność” i KPN, Zbigniewa Tokarczyka.
19 października 1984 r. funkcjonariusze Departamentu IV MSW porwali i zamordowali duszpasterza „Solidarności”, autora patriotycznych kazań, ks. Jerzego Popiełuszkę. Jego ciało, zatopione w zalewie na Wiśle w pobliżu Włocławka, zostało odnalezione tylko dzięki temu, iż władze wobec powszechnego oburzenia i groźby masowych protestów społecznych zdecydowały się na aresztowanie bezpośrednich sprawców zbrodni [do dziś są wątpliwości, czy rzeczywiście ci bandyci z SB byli „bezpośrednimi“ sprawcami tego bestialskiego mordu księdza — przyp. Andy].
11 stycznia 1985 r. z kładki nad torami kolejowymi we Wrocławiu „nieznani sprawcy” zrzucili działacza jawnej i podziemnej „Solidarności”, Lesława Martina. Zmarł on po dwunastu dniach nie odzyskawszy przytomności.
2 lutego 1986 r. brutalnie pobito działacza nowosądeckich struktur związku, Zbigniewa Szkarłata, który zmarł tydzień później.
Nigdy nie została również wyjaśniona sprawa śmierci wybitnego socjologa i działacza opozycji, prof. Jana Strzeleckiego, brutalnie zamordowanego nocą z 29 na 30 czerwca 1988 r.
Wśród ostatnich ofiar „nieznanych sprawców” było aż trzech księży katolickich, zamordowanych już w 1989 r. 20 stycznia tego roku w Warszawie zamordowano ks. Stefana Niedzielaka, od lat upamiętniającego zbrodnie dokonane na Polakach na Wschodzie.
30 stycznia zginął w Białymstoku ks. Stanisław Suchowolec, organizator duszpasterstwa ludzi pracy i nabożeństw patriotycznych.
11 lipca 1989 r., już po obradach Okrągłego Stołu i wyborach czerwcowych zamordowany został ks. Sylwester Zych, więziony w latach 1982–1986 kapelan młodzieżowej organizacji podziemnej, rozbrajającej żołnierzy i milicjantów.
W przeddzień wyborów, 3 czerwca 1989 r. w kętrzyńskim stawie znaleziono noszące ślady pobicia zwłoki Roberta Możejko, po raz ostatni widzianego kilka dni wcześniej w towarzystwie funkcjonariusza miejscowego Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych.
Zacieranie śladów
Po popełnieniu zbrodni niemal natychmiast przystępowano do zacierania śladów. W ukryciu prawdy uczestniczyły wszystkie struktury państwa komunistycznego na czele z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, prokuraturą wojskową i powszechną oraz z aparatem propagandowym.
Pierwszy etap zacierania śladów miał dosłowne znaczenie — tynkowano budynki by ukryć ślady przestrzelin, „zabezpieczano” łuski i kule, niszczono inne potencjalne materiały dowodowe. W przypadku zabójstw dokonanych przy użyciu broni palnej utrudniano badania balistyczne, dbano o możliwość uzupełnienia amunicji przez funkcjonariuszy.
Przy użyciu wszystkich dostępnych środków kontrolowano i nadzorowano śledztwa prowadzone w poszczególnych przypadkach. Sprawców i świadków zbrodni wywodzących się z grona MO lub SB szkolono, jak mają zeznawać. W razie potrzeby SB dostarczała własnych „świadków”, którzy negowali wersje podawane przez rzeczywistych uczestników wydarzeń. Metodami operacyjnymi zbierano informacje o niewygodnych świadkach, by móc ich szantażować lub skompromitować.
Bezpośrednio ingerowano także w przebieg postępowań. Czyniły tak zarówno Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Prokuratura Generalna, jak i Naczelna Prokuratura Wojskowa. W wielu przypadkach jednak ingerencje takie nie były nawet konieczne — prokuratorzy sami wiedzieli, jak doprowadzić do umorzenia sprawy ze względu na „niewykrycie sprawców” lub „niestwierdzenie znamion przestępstwa”.
Należy jednak przypomnieć, iż nawet w okresie stanu wojennego znaleźli się prokuratorzy, którzy próbowali sumiennie wypełnić swoje obowiązki.
Przykładem może być Miłan Senk prowadzący śledztwo w sprawie zbrodni lubińskiej. Początkowo sformułował on wniosek, iż użycie broni było niezasadne i rozważał możliwość postawienia zarzutów niektórym funkcjonariuszom. Ostatecznie został zmuszony do podpisania przygotowanego przez inne osoby postanowienia o umorzeniu śledztwa.
Działaniom MSW i prokuratur towarzyszyła komunistyczna propaganda
Służba Bezpieczeństwa zbierała dane o przeszłości ofiar i ich rodzin, które następnie wykorzystywano dla ich skompromitowania lub „udowodnienia” tezy, iż np. osoby ranne i zabite w toku protestów społecznych wywodziły się z kręgów marginesu społecznego, w momencie śmierci znajdowały się w stanie upojenia alkoholowego itp. Niekiedy posuwano się wręcz do rozpowszechniania wersji, iż za śmiercią poszczególnych osób w rzeczywistości stoją struktury podziemne lub państwa zachodnie.
Niewątpliwie największej manipulacji dopuszczono się w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka. W oparciu o spreparowane przez MSW „dowody” o spowodowanie jego śmierci oskarżono załogę karetki pogotowia, która przewoziła go z komisariatu do szpitala. W sfingowanym procesie dwu niewinnych sanitariuszy skazano na kary 1,5 i 2 lat więzienia. Dopiero upadek systemu komunistycznego pozwolił na ich rehabilitację.
* * *
Przypadki ukarania sprawców zbrodni przed 1989 r. były bardzo nieliczne. Na kary 5 i 12 lat więzienia skazano zabójców Wojciecha Cieleckiego. Milicjant, morderca Grzegorza Luksa otrzymał co prawda wyrok dwu lat więzienia, jednakże nigdy nie stawił się do odbycia kary.
Pod naciskiem opinii publicznej władze zdecydowały się na ukaranie bezpośrednich sprawców morderstwa ks. Jerzego Popiełuszki. W procesie, który rozpoczął się pod koniec grudnia 1984 r. w Toruniu nie osądzono jednak ich mocodawców. Grzegorz Piotrowski i Adam Pietruszka zostali skazani na 25, Leszek Pękala na 15, a Waldemar Chmielewski na 14 lat więzienia. Nawet jednak i ten proces władze starały się wykorzystać propagandowo przeciwko ofierze morderstwa.
Pamięć
Mimo wysiłków władz, nie udało się zatrzeć pamięci o ofiarach stanu wojennego i kolejnych lat. Już pogrzeby ofiar stawały się manifestacjami patriotycznymi. Najwięcej, bo blisko pół miliona ludzi zgromadził pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki.
Groby ofiar stawały się symbolicznymi miejscami pamięci i spotkań zwolenników opozycji. Starano się także upamiętnićmiejsca zbrodni, stawiając krzyże, składając kwiaty i zapalając znicze. Symbole te były nieustannie bezczeszczone przez „nieznanych sprawców”.
Nazwiska ofiar przypominano na łamach podziemnej prasy, stopniowo powstawały listy ofiar, liczące od kilkudziesięciu do 104 nazwisk. Starano się także publikować dostępne dokumenty, relacje świadków wydarzeń, powstawały pierwsze opracowania.
Poszczególne przypadki badały konspiracyjne struktury „Solidarności”, Komitet Helsiński, kościelne komitety pomocy represjonowanym.
Już w latach osiemdziesiątych okazało się, iż na sporządzanych listach ofiar znalazły się także osoby przypadkowe, zmarłe w sposób naturalny lub wręcz takie, które padły ofiarą przestępstw kryminalnych. Wyjaśnienie tych spraw nie było jednak możliwe w warunkach systemu komunistycznego.
W wyniku przemian 1989 r. możliwe stało się pełne upamiętnienie ofiar stanu wojennego i następnych lat. W 1991 r. odsłonięto pomnik na miejscu tragedii w kopalni „Wujek”, w następnym roku powstał pomnik poświęcony pamięci ofiar zbrodni lubińskiej. Kilku monumentów doczekał się ks. Jerzy Popiełuszko. Stopniowo przybywa także różnego rodzaju pamiątkowych tablic, obelisków, nazwiska ofiar noszą ulice czy szkoły. Dzięki badaniom historyków coraz dokładniej poznajemy kulisy poszczególnych zbrodni. Powstają filmy i przedstawienia teatralne poświęcone ofiarom stanu wojennego.
Próby wymierzenia sprawiedliwości
W znacznie mniejszym stopniu powiodły się próby sądowego ukarania sprawców. Już 2 sierpnia 1989 r. Sejm PRL powołał Komisję Nadzwyczajną do Zbadania Działalności MSW, od nazwiska jej przewodniczącego popularnie zwaną „Komisją Rokity”. Nie posiadała ona zbyt wielkich uprawnień, część jej członków otwarcie sabotowała prace, zaś MSW i prokuratura opieszale udostępniały akta, część ukrywając. Mimo to w 1991 r. Komisja przygotowała raport, powstały po przeanalizowaniu ponad stu przypadków niewyjaśnionych zgonów.
W efekcie w 88 przypadkach rekomendowano wszczęcie postępowań prokuratorskich, sformułowano także szereg wniosków personalnych pod adresem kilkudziesięciu prokuratorów, którzy uczestniczyli w zacieraniu śladów zbrodni. Raportu Komisji przez kilkanaście lat nie opublikowano, a jego fragmenty wręcz objęto klauzulą tajności!
W niektórych przypadkach na podstawie wniosków „Komisji Rokity” prokuratury rzeczywiście wszczęły śledztwo. Większość spraw umorzono, zaledwie kilka znalazło swój finał przed sądem. Już pod koniec 1991 r. zabójca Bogdana Włosika, kapitan SB Andrzej Augustyn, został skazany na 8 lat więzienia, którą to karę w wyniku apelacji podwyższono do 10 lat. Pozostałe procesy trwały przez wiele lat lub kończyły się niepowodzeniem.
Nie udało się doprowadzić do skazania generałów Władysława Ciastonia i Zenona Płatka, oskarżonych o podżeganie do zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Odpowiedzialności uniknął na razie również gen. Czesław Kiszczak, któremu zarzucono wydanie rozkazu umożliwiającego zabójstwo górników z kopalni „Wujek”, rozważano także postawienie mu zarzutów w innych sprawach. Kilkanaście lat trwają kolejne procesy milicjanta oskarżonego o śmiertelne pobicie Grzegorz Przemyka.
Dopiero po 15 latach długotrwałych postępowań przed kolejnymi instancjami i nieustannych apelacji zapadł wyrok w sprawie zbrodni lubińskiej. Ostatecznie prawomocnymi wyrokami skazano trzech z siedmiu oskarżonych: Bogdana Garusa i Tadeusza Jarockiego na 2,5 roku pozbawienia wolności, zaś Jana Maja na 3,5 roku.
Proces milicjantów z plutonu specjalnego ZOMO, oskarżonych o zabójstwo i ranienie górników z kopalni „Wujek” i „Manifest Lipcowy”, również trwał kilkanaście lat. W maju 2007 r. zapadły wyroki — dowódca plutonu Romuald Cieślak otrzymał karę 11 lat więzienia, zaś jego podwładni od 2,5 do 3 lat.
Wiele spraw badanych jest obecnie przez pion śledczy IPN. Niestety zatarcie śladów zbrodni już w latach osiemdziesiątych, następnie masowe niszczenie dokumentów SB w latach 1989—1990 oraz zmowa milczenia dawnych funkcjonariuszy bardzo utrudniają śledztwa. Instytut Pamięci Narodowej będzie jednak nadal podejmował starania, aby prawda o wszystkich przypadkach zabójstw z lat osiemdziesiątych została ujawniona, ich sprawcy ukarani, a ofiarom został oddany należny hołd. Celowi temu służy również wystawa, której katalog trzymają Państwo w rękach.
* * *
Wystawa "Ofiary stanu wojennego" prezentuje portrety i biogramy 56 osób, zmarłych i zamordowanych po 13 grudnia 1981 r.
Nie obejmuje ona przypadków osób, które co prawda padły ofiarą nadużycia władzy przez poszczególnych funkcjonariuszy, jednak nie miało to podtekstu politycznego: Mirosława Adamczyka, Edyty Hnat, Stanisława Kota, czy Franciszka Zdunka. Pozostają też przypadki dotąd niewyjaśnione, wymagające dalszych badań, na przykład sprawy śmierci: Mariana Bednarka, Jana Budnego, Mikołaja Czarnego, Antoniego Domeradzkiego, Aleksandra Hacia, Zdzisława Jurgiewicza, Jerzego Karwackiego, Jacka Krzywdy, Marka Kuchty, Doroty Saszkiewicz, Jacka Stefańskiego, Aleksandra Szustera czy Bogusława Walczaka.
Dlatego też w formie aneksu do niniejszego katalogu publikujemy pełną listę osób, których sprawy badane były przez sejmową Komisję Nadzwyczajną do Zbadania Działalności MSW. Nazwiska ofiar, których sylwetki zostały zaprezentowane na wystawie oddano drukiem pogrubionym.
Łukasz Kamiński
Cytat za stroną IPN: 13 grudnia 1981 roku, http://13grudnia81.pl/portal/sw/wolnytekst/6813