mixxt

Sign up here for free!

Welcome to mixxt!

O Solidarności słów kilka....

O Solidarności słów kilka....

 

Najbardziej pomijany efekt stanu wojennego to złamanie Polaków pod względem moralnym, które przetrwało do dzisiaj – rozmowa z dr. Jarosławem Szarkiem w przeddzień 30. rocznicy stanu wojennego

 

Takiego wywiadu jeszcze nie było. Krakowski historyk dr Jarosław Szarek podaje szereg ostatecznych argumentów, kwestionujących zasadność wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Ani wschodnia interwencja nam nie groziła, ani wprowadzenie stanu wojennego nie było przygotowane w ostatniej chwili, ani kryzys nie był spowodowany działaniem Solidarności. A tymczasem dr Szarek przytacza smutno dziś brzmiące dokumenty, sporządzane przez propagandystów Jaruzelskiego, które świadomie są dziś wykorzystywane przez media i „ekspertów” do fałszywego usprawiedliwiania komunistycznych kacyków. Brońmy dobrego imienia Solidarności, brońmy dobrego imienia Polski – pamiętajmy o zbrodniarzach stanu wojennego!

Portal ARCANA: Jaruzelskiemu udało się dość sprawnie wprowadzić stan wojenny, „Solidarność” pozwoliła się zaskoczyć, jednak nie była przygotowana na zbrojną reakcję władzy. A chyba były podstawy do podejrzeń?

dr Jarosław Szarek: Solidarność zlekceważyła liczne ostrzeżenia, które się pojawiły. Przygotowania władz nie były zasłonięte szczelną kurtyną, nawet niektórzy funkcjonariusze SB i milicji sygnalizowali taką możliwość. W tym czasie toczyła się też w sejmie dyskusja na temat szczególnych prerogatyw dla rządu, ograniczających m.in. prawa do strajków. Również wzmożona propaganda wskazywała, że władza wydała już wyrok na „Solidarność”. Działał jednak mit 10-milionowego ruchu, pamięć strajku w czasie kryzysu bydgoskiego w marcu 1981, kiedy na cztery godziny stanęła cała Polska. Ale w ciągu kolejnych miesięcy ludzie stawali się coraz bardziej zmęczeni trudnościami życia, konfliktami stale prowokowanymi przez reżim, ciągłą presją propagandy podsycającą niepewność, co się zdarzy. Związek podjął jednak pewne działania zabezpieczające, tworzono „drugie garnitury” działaczy „Solidarności” na wypadek aresztowania przywódców, zresztą nie wszędzie to potem zadziałało. We Wrocławiu udało się wypłacić z konta bankowego 80 milionów złotych i ukryć, co umożliwiło następnie zorganizowanie jednego z najsilniejszych regionów „Solidarności”, a także objęcie pomocą represjonowanych. Akcja reżimu była doskonale przygotowana – zmęczenie ludzi, element zaskoczenia, aresztowania, a także fakt, że była niedziela, odegrały swoją rolę. Pracowały tylko zakłady o ciągłym ruchu, czołgi stały na ulicach, zima była wyjątkowo mroźna, a przez całą dzień w telewizji odczytywano paragrafy z dekretu o stanie wojennym przewidujące wysokie wyroki za strajki  „do kary śmierci włącznie”. I zabici w kopalni „Wujek” w Katowicach. Psychoza strachu została wprowadzona bardzo skutecznie – tak, że opór w pierwszych dniach rzeczywiście nie był masowy, ograniczył się do ok. 200 zakładów. Pamiętajmy jednak, że PZPR przygotowywała się do siłowej rozprawy z „Solidarnością” od samego początku, od Sierpnia.

Portal ARCANA: Dowodem na to miał być m.in. fragment przepisów o stanie wojennym, według którego obowiązywał – w środku zimy – zakaz pływania kajakami. Rozważano zatem warunki cieplejszej pory roku…

JS: Bardziej uważni czytelnicy dekretu o stanie wojennym mogli się tego doczytać i wyciągnąć takie wnioski. Dzisiaj mamy już wiele konkretnych dokumentów. Wiadomo, że 16 sierpnia 1980 reżim rozpoczął Akcję „Lato’80” zakładającą pacyfikację siłą strajków. Ich skala była jednak latem tak duża, a determinacja robotników tak ogromna, iż sama bezpieka uznała, że użycie siły nie jest możliwe. Władza została zmuszona do ustępstw i rozwiązania politycznego, ale reżim nieustannie pracował nad zniszczeniem tego ruchu i to od samego początku. W Krakowie pierwsza lista osób do internowania – wtedy określano to terminem „izolacja” – pochodzi z połowy października 1980 roku.

Portal ARCANA: Półtora miesiąca po podpisaniu porozumień sierpniowych?

JS: Oczywiście, na ogólnopolskiej liście jest wtedy ok. 1200 nazwisk, w następnych miesiącach rozrosła się ona do ponad 13 tys., później zmalała, ale przez cały rok była uzupełniana i aktualizowana. Już 22 października 1980 na polecenie ministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego Sztab Generalny Ludowego WP rozpoczął w trybie pilnym przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego. Od tego momentu cała ta machina była udoskonalana. Opracowywano zestaw praw stanu wojennego, plany pacyfikacji największych zakładów, drobiazgowe założenia równoczesnego internowania ok. 6 tys. osób i umieszczenia ich w określonych więzieniach, blokady łączności oraz granic, przejęcia środków masowego przekazu, zabezpieczenia rodzin partyjnych, plany obrony budynków partyjnych, wojskowych – wyznaczono miejsca dla karabinów maszynowych, strzelców wyborowych, granatników, koncentracji ZOMO, wojska, zabezpieczenia dla nich wyżywienia, transportu… Przygotowywano się po prostu na wojnę. Ten mechanizm uruchomiono 13 grudnia 1981 roku. Akcja była gotowa już w pierwszych miesiącach 1981 roku, a jej założenia 3 marca Jaruzelski przedstawił w Moskwie, na zjeździe sowieckiej partii komunistycznej.

Portal ARCANA: Dlaczego więc tak późno się na to zdecydowali?

JS: W tym czasie „Solidarność” była zbyt potężnym ruchem. Pokazał to czterogodzinny strajk „Solidarności” w odpowiedzi na pobicie jej działaczy w Bydgoszczy w marcu 1981. To był największy w historii PRL-u strajk. Uczestniczyło w nim więcej ludzi niż liczyła „Solidarność”. Przygotowane do obrony największe zakłady, ludzie ze śpiworami, z zapasami żywności. Gotowi na wojnę… Przywódcy związku jednak ustąpili.

Podzieliło to „Solidarność”, która już nigdy nie uzyskała takiego poparcia. Ludzie byli coraz bardziej zmęczeni trudnościami życia codziennego i poddani ogromnej presji propagandowej. I to było normalne – większość zawsze chce żyć spokojnie. Nie da się w takiej „gorączce” utrzymać całego narodu, jak na barykadzie. I na to też liczyli komuniści. Już w grudniu 1980 roku przygotowali plan tzw. odcinkowych konfrontacji. Wiedzieli, że nie są w stanie w tym momencie wygrać czołowego zwarcia z „Solidarnością”, wybrali taktykę podgrzewania, inspirowania, nagłaśniania lokalnych, często błahych konfliktów, przedstawianych przez propagandę jako chaos i anarchię; obwiniano „Solidarność” za puste półki w sklepach i wszystkie niedogodności. Im bliżej grudnia 1981 roku, tym większe nyło nasilenie tej akcji i malejące poparcie dla „Solidarności”, co wkalkulowali analitycy przygotowujący stan wojenny, na co liczyli i co z powodzeniem wykorzystali.

Portal ARCANA: Obrońcy stanu wojennego, przede wszystkim jego autorzy, opowiadają o chaosie, jaki panował w Polsce w czasie karnawału „Solidarności”, o gospodarce nad przepaścią, o upadku ekonomicznym, do którego przyczynić się miały strajki, protesty, ogółem – „Solidarność”. Stan wojenny miał ukrócić anarchię i przywrócić porządek. Co odpowiedzieć na takie argumenty?

JS: Stan wojenny pokazał, jak wyglądało to przywracanie porządku – potem nastąpił jeszcze większy kryzys i upadek gospodarczy systemu. Jednakże wieloletnia komunistyczna propaganda ukazująca 16 miesięcy pierwszej „Solidarności” jako czas anarchii i chaosu zrobiła swoje. Skala strajków w wolnym świecie, m.in. w Niemczech czy we Włoszech, była znacznie większa i tam system się nie rozlatywał. Tymczasem w podporządkowanej PZPR telewizji czy prasie rozdmuchiwano każdy najmniejszy protest. Celem tych działań było obarczenie „strajkującej” „Solidarności” odpowiedzialnością za kłopoty życia codziennego. I w pewnym zakresie to się udało, późną jesienią 1981 roku społeczeństwo było już coraz bardziej zmęczone, jednocześnie spadało poparcie dla „Solidarności”. Natomiast tuż po ogłoszeniu stanu wojennego, 1 lutego 1982 roku, reżim pod osłoną czołgów wprowadził gigantyczne podwyżki cen: żywność podrożała o blisko 250 proc., energia, opał – ponad 170 proc. Tylko w ciągu tego roku dochody realne Polaków spadły o ok. 25 proc. Udział w wydatkach na żywność w budżecie przeciętnej rodziny wzrósł z 1/3 do blisko połowy, a wśród rodzin emerytów nawet do 60 proc. Ponad 30 proc. społeczeństwa znalazło się poniżej niezbędnego „minimum socjalnego”, w stosunku do roku 1980 ich liczba wzrosła o ponad 10 proc. Spacyfikowane po 13 grudnia społeczeństwo nie zaprotestowało, ale ogłaszane w następnych latach „reformy”, kolejne ich etapy niczego nie rozwiązały, gdyż źródło tkwiło w niewydolnej, spętanej ideologicznymi absurdami gospodarce. To właśnie jej dramatyczny stan zmusił ekipę stanu wojennego w końcu dekady do rozmów z ugodową częścią opozycji. W kwestii gospodarczej stan wojenny nie rozwiązał żadnego problemu, pogłębił jeszcze te istniejące. Pod rządami ekipy stanu wojennego Polska – pod koniec lat 80. – została doprowadzona do ruiny. Takie są fakty.  

Portal ARCANA: Pozostaje jednak argument, podzielany nadal przez znaczną część Polaków, iż Jaruzelski uchronił nas przed sowiecką interwencją. Piosenkę „Wejdą, nie wejdą” śpiewało wtedy wielu Polaków, a groźba wkroczenia Sowietów była nieustannie podsycana. Jak było naprawdę?

JS: Moskwa jednoznacznie interpretowała pojawienie się „Solidarności” jako „kontrrewolucję” i – co jest oczywiste – w jej interesie była likwidacja tego ruchu. Dla Związku Sowieckiego najkorzystniejszym scenariuszem było rozbicie „Solidarności” rękami „polskich” komunistów. Tego dzieła, kolejnego zresztą w moskiewskiej służbie, a skierowanego przeciwko wolnościowym aspiracjom Polaków – podjął się Jaruzelski. A stanął wtedy przed życiową szansą odkupienia wszystkich wcześniejszych win wobec swego narodu. Wystarczyło podjąć grę na czas i polityczną próbę balansowania pomiędzy coraz dalej idącymi aspiracjami Polaków, a interesami Związku Sowieckiego. Było przecież jasne, że rządy Breżniewa dobiegają końca – zmarł w listopadzie 1982 roku.

Tymczasem w Moskwie stosunkowo szybko zdano sobie sprawę, że cena interwencji byłaby dla niej zbyt duża i to pod każdym względem. Związek Sowiecki dotkliwie jeszcze odczuwał reakcję wolnego świata na wkroczenie do odległego Afganistanu w grudniu 1979 roku. Przede wszystkim sankcje gospodarcze, ale i polityczne, m.in. bojkot moskiewskiej olimpiady. Konsekwencje użycia siły przez Kreml w środku Europy – wobec cieszącej się autentycznym poparciem społeczeństw Zachodu, pokojowego ruchu „Solidarności” – byłyby więc dla Związku Sowieckiego o wiele boleśniejsze. I nie są to tylko „gdybania”. Na początku grudnia 1980 roku amerykańskie satelity wykryły ruchy kolumn sowieckich wojsk, które opuściły swe garnizony i zaczęły kierować się w stronę granicy PRL. Bardzo szybko jednak zawróciły, co było wynikiem zdecydowanej akcji dyplomatycznej Zachodu, który ostro zareagował, informując Moskwę, iż w razie wkroczenia do Polski obcych wojsk ZSRS poniesie poważne konsekwencje. Sama zapowiedź sankcji doprowadziła do cofnięcia czołgów. Być może Moskwa podjęła wtedy próbę inwazji, być może sprawdzała tylko, jak zachowa się wolny świat. Tego jeszcze do końca nie wiemy, ale dotyczy to grudnia 1980 roku.

Wszystko wskazuje na to, iż od tamego momentu Sowieci porzucili myśl o wkroczeniu do Polski. Dowodzą tego kolejne dokumenty – od tych ujawnionych przez Władimira Bukowskiego, zawierających m.in. wypowiedzi szefa KGB Jurija Andropowa, przez zapiski gen. Wiktora Anoszkina, adiutanta dowódcy Układu Warszawskiego po upowszechnione ostatnio w Polsce fragmenty dzienników Anatolija Czerniajewa – byłego zastępcy kierownika Wydziału Międzynarodowego KC KPZS. W 1981 roku Związek Sowiecki nie zamierzał dokonywać interwencji zbrojnej w Polsce, aby zdławić ruch „Solidarności”. Więcej, wskazują one wyraźnie, że to Jaruzelski jej się domagał, czyli stanął przeciw swemu narodowi. Czynił to przez całe życie choćby tłumiąc niepodległościowe podziemie, dokonując agresji przeciwko „Praskiej Wiośnie” w Czechosłowacji w sierpniu 1968, a dwa lata później – w grudniu 1970 roku wysyłając wojsko, aby strzelało do robotników Wybrzeża. Wprowadzenie stanu wojennego kolejnym konsekwentnym wyborem Jaruzelskiego.

Portal ARCANA: Ale dzisiaj znaczna część społeczeństwa podziela przekonanie, że Jaruzelski słusznie wprowadził stan wojenny, ratując nas przed sowiecką interwencją?

JS: Historię tworzą fakty, a nie wyniki sondaży. Nie tylko ocena stanu wojennego, ale i inne kłamstwa rodem z PRL-u mają się całkiem dobrze. Pamiętajmy, że okrągłostołowa ekipa, która doszła po 1989 roku do władzy, nie zerwała z komunistyczną spuścizną. Przecież wielu wpływowych ludzi „solidarnościowej” opozycji – czy wspierających ją twórców – było mocno zaangażowanych w komunizm za młodu, a więc w czasie, gdy system ten przyjął najbardziej zbrodnicze oblicze, bo w latach 1944-1956. Zatem element taktyki postkomunistów – „wybierzmy przyszłość” – zyskał poparcie właśnie tej bardzo wpływowej części solidarnościowej opozycji, która po 1989 została dopuszczona do władzy.

W 1989 roku, przed ósmą rocznicą wprowadzenia stanu wojennego powstał tzw. Zespół Programujący, złożony z przedstawicieli kancelarii ostatniego prezydenta PRL Jaruzelskiego (wybranego też głosami części „Solidarności), KC PZPR, MON, MSW i Prokuratury Generalnej. Grupa ta przygotowała dokument wskazujący, jak należy informować o 13 XII 1981 roku. Zalecano w nim, aby zabiegać o sygnał ze strony sowieckiej „świadczący o tym, iż stan wojenny uchronił Polskę od zewnętrznej interwencji”. Pisano wprost, iż szczególnie mocno powinien być wyeksponowany motyw „mniejszego zła”. Zakładano, iż „biorąc pod uwagę rozrachunkową szczerość obecnych władz radzieckich, można liczyć na wywołanie jakiejś formy publicznego stanowiska w tej sprawie (np. w postaci wypowiedzi rzecznika prasowego MSZ)”. Przeprowadzono rozmowy z redaktorami naczelnymi największych mediów, a solidarnościowy prezes Radiokomitetu Andrzej Drawicz (zarejestrowany zresztą przez SB jako jej tajny współpracownik) nakazał wręcz dziennikarzom, aby „wystrzegali się jakichkolwiek ataków personalnych, a zwłaszcza ewentualnych prób dezawuowania osoby prezydenta PRL”. I to trwało przez następne lata, po drodze ze słynnym „od… się od generała” po zaproszenie go na obrady Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez Komorowskiego. Podobnie traktowano nie tylko Jaruzelskiego, ale także jego najbliższych współpracowników. Były szef MSW Czesław Kiszczak awansował nawet na „człowieka honoru”. Uniknęli nie tylko sądowej, ale nawet symbolicznej odpowiedzialności za wprowadzenie stanu wojennego. A z jakimi oporami jak długo zapadały wyroki, chociażby w sprawie sprawców zabójstwa górników z kopalni „Wujek” w Katowicach…

Portal ARCANA: Ale w marcu 2011 roku Trybunał Konstytucyjny uznał wprowadzenie stanu wojennego ze niezgodne z Konstytucją PRL-u, czyli faktycznie nielegalne…

JS: Wymiar sprawiedliwości wolnej Polski potrzebował 22 lat na podjęcie takiej decyzji, mimo że była oczywista już rankiem 13 grudnia 1981 roku, choćby dla prawników z Wydziału Prawa UJ związanych z „Solidarnością”. Wydali oni wtedy oświadczenie na ten temat kolportowane w całej Polsce. I koniecznie trzeba też pamiętać, że orzeczenie to zapadło dzięki inicjatywie i ogromnemu uporowi śp. Janusza Kochanowskiego, Rzecznika Praw Obywatelskich, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku…

Portal ARCANA: Jeszcze niedawno Jaruzelski mówił, iż to dzięki stanowi wojennemu był możliwy „okrągły stół”.

JS: W tym absurdzie posunął się jeszcze dalej, przekonując nie tak dawno, że dzięki 13 grudnia mogliśmy później wstąpić do Unii Europejskiej. Natomiast stwierdzenie o „okrągłym stole” jest o tyle prawdziwe, że był on następną i o wiele skuteczniejszą od stanu wojennego próbą zachowania władzy przez komunistów. W 1981 wybrali oni przemoc, co w dłuższej perspektywie nie rozwiązało żadnego z problemów, a kilka lat później stanęli wobec narastającego społecznego niezadowolenia, które prowadziło do wybuchu kolejnego buntu. Gdyby do niego doszło, zostaliby zmiecieni.

Ale tym razem – wobec zmian w Związku Sowieckim i jego wewnętrznych kłopotów – nie mogli w żadnym wypadku liczyć na Moskwę. I tę batalię okrągłego stołu Jaruzelski rozegrał mistrzowsko. To było chyba jego największe zwycięstwo. Ludzi PZPR i bezpieki uczynił największymi beneficjentami systemu, który określamy jako III RP. Dzięki „okrągłemu stołowi” zachowali ogromne wpływy w gospodarce, mediach, a przede wszystkim służbach i to pozwoliło im odzyskać również władzę polityczną. Oczywiście, nie ponieśli żadnej odpowiedzialności za peerelowskie zbrodnie, a także za stan wojenny. Ta bezkarność autorów stanu wojennego była jednym z efektów „okrągłego stołu” o szczególnie demoralizujących skutkach.

Portal ARCANA: Ludzie pierwszej „Solidarności” przeżywali wielki zawód drugą „Solidarnością”. Nastąpiło gorszące zjawisko pojednania się z nomenklaturą komunistyczną i gdy Lech Wałęsa zostawał prezydentem, Anna Walentynowicz musiała wrócić do stoczni, by dorobić do emerytury…

JS: Rzeczywiście, ta druga „Solidarność” była już inna. Za sprawą stanu wojennego, który trwał nie tylko przez te pierwsze 586 dni, ale i przez kolejne lata – pamiętajmy, że jego zakończenie miało wymiar jedynie propagandowy, bo w wielu wymiarach, chociaż w łagodniejszej formie, utrzymywał się do końca lat 80. – udało się wyeliminować wielu autentycznych liderów, ludzi-symbole pierwszej „Solidarności”. Wieloletnie działania SB i akcje dezintegracyjne pomagały kreować często nowych liderów i pozwoliły podzielić opozycję na dwie części: „konstruktywną” i „niekonstruktywną”.

Trudno mieć o to pretensje do komunistów, oni bronili własnych interesów i to bardzo skutecznie. Natomiast część „Solidarności” – skupiona wokół Geremka – wybrała na swych partnerów komunistów, było im do nich bliżej ideowo, niż do własnego narodu. Narodu – ciemnej, antysemickiej, prymitywnej masy – który trzeba poddać „wychowaniu”. Przywódcy tego nurtu ponoszą odpowiedzialność za to, iż po 1989 roku nie zaczęliśmy budować  fundamentów wolnej Polski, ale poprawiać PRL. W tym procesie mieściło się również przeniesienie do III RP całej fatalnej spuścizny pozostawionej przez stan wojenny, który przetrącił nam kręgosłup. Postawy nihilistyczne i cyniczne stały się po 13 grudnia 1981 roku reakcją na przytłaczającą rzeczywistość. Nie zabrakło wówczas ludzi gotowych do zajęcia miejsc w redakcjach po wyrzuconych dziennikarzach, przychodzili również młodzi, korzystając z nadarzającej się okazji, a niejeden uczony złożył podpis za wręczony paszport. W połowie lat 80. Jaruzelska normalizacja kusiła… i łamała sumienia.

Co się bowiem dzieje z człowiekiem, który żeruje na czyjejś niezłomności i przykłada rękę do dzieła oprawców? Te patologie zostały przeniesione poza rok 1989, a jeśli dodamy do tego agenturę, która pod koniec lat 80. osiągnęła poziom z czasów stalinizmu… Wszyscy ci ludzie przeszli do III RP! I dzisiaj na katolickich uczelniach profesorami są byli I sekretarze PZPR POP uczelni z okresu stanu wojennego, nie wspominając o stosunku środowiska akademickiego, wymiaru sprawiedliwości, mediów do lustracji…

Z kolei potężne segmenty sytemu gospodarczego, banki, całe firmy, centrale handlu zagranicznego przeszły w ręce ludzi dawnych służb oraz PZPR. I to oni w wielu przypadkach dokooptowali część dawnej opozycji. Podobnie rzecz się miała z mediami: postkomuniści wycofali się z wizji, pisania komentarzy, ale drukarnie, kolportaż, produkcja prasy, media elektroniczne, własność – czyli realna władza pozostała w ich rękach. A to zaczęło się w Magdalence. Te budzące niesmak sceny obejmowania się, wspólne toasty… I ta zachęta Kwaśniewskiego; „dogadajmy się, wtedy wszyscy będziemy jeździć takimi mercedesami”. I się dogadali.

Istotą pierwszej Solidarności było to, że ludzie poczuli się wolni, poczuli, że coś jest od nich zależne. To się zrodziło w Stoczni Gdańskiej, ta otwartość i uczciwość, przejrzystość. Negocjacje w stoczni były nagłośnione, przedstawiciele MKS rozmawiali z władzami przy włączonych mikrofonach, jawnie. Robotnicy aplauzem wyrażali swoje poparcie lub dezaprobatę. A jak jest w Magdalence? Społeczeństwo nie jest już podmiotem, ale przedmiotem zawieranego układu. Nieposiadająca społecznego mandatu reprezentacja zawiera układy. To pokazuje, jak powstawała III RP, a jak powstawała Polska pierwszej „Solidarności”.

W sierpniu 1980 roku szło o prawdę, dobro, sprawiedliwość, uczciwość, wartości, tożsamość Polski… Po 1989 roku o władzę, kasę. To wtedy pojawiły się hasła „pierwszy milion trzeba ukraść”, to wtedy Donald Tusk deklarował, „że Polska to nienormalność” i że chce uciekać od Polski, a potem w imię hasła „Wybierzmy przyszłość” wygrywano wybory. Ludzie „Solidarności” byli już zbyt słabi, żeby temu się przeciwstawić. To stan wojenny zabił nadzieję, tę ogromną, ogólnonarodową aktywność na rzecz dobra wspólnego. Po 1989 społeczeństwo miało być przedmiotem, któremu przyszłość zapewnią oświeceni wybrańcy. To oni mieli nas wychować i wyleczyć z polskości, uczynić z nas Europejczyków. To przetrącenie moralnego kręgosłupa społeczeństwu jest dzisiaj pomijanym skutkiem wprowadzaniu stanu wojennego, a chyba najbardziej fatalnym i niszczącym. Rozbicie wspólnoty, egoizm, niechęć do społecznej aktywności – tego, co tworzyło fenomen „Solidarności” – było przecież celem ekipy Jaruzelskiego.

Portal ARCANA: Ale skutkiem stanu wojennego są również wymierne szkody?

JS: To ponad stu zabitych, począwszy od górników z kopalni „Wujek” w Katowicach, po zamordowanych przez „nieznanych sprawców” w 1989 księży Niedzielaka, Suchowolca, Zycha. To blisko 10 tys. internowanych, i drugie tyle postawione przed sądami, skazane na wysokie wyroki, to pobici, zwolnieni z pracy, to utracone zdrowie. A także dramaty zwykłych ludzi, ich rozbite rodziny, 800 tys. ludzi wypchniętych z kraju na emigrację w ciągu dekady

Portal ARCANA: Obecnie podkreśla się bezsens oskarżania twórców stanu wojennego. Nawet jeśli nie broni się samej decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego, to tłumaczy się Polakom, że ciąganie zniedołężniałych staruszków po sądach jest okrucieństwem, że do niczego to nie prowadzi. Czy jesteśmy sadystami domagając się sprawiedliwości? Po co nam ona po 30 latach?

JS: Od tego zależy kondycja naszego społeczeństwa. Zło nieosądzone zawsze wróci. Wszyscy ludzie, którzy popełnili przestępstwa, powinni zostać ukarani. Nie chodzi o to, by staruszków wsadzać do więzienia, ale chociażby symboliczne osądzenie stanu wojennego, który był wielką zbrodnią na całym narodzie. Zaniechanie tego ma demoralizujący wpływ na następne pokolenia. Właśnie tego doświadczamy. Jeżeli takie rzeczy nie są osądzane, to nie dziwmy się, że mniejsze przestępstwa i afery uchodzą płazem. Stan wojenny był złem – a twórcy tego zła mają się dzisiaj świetnie. Ale przecież dzisiaj nie ma zła i dobra, każdy ma swoją „prawdę”… Niedawno zmarła Maryla Płońska, aktywna działaczka Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, jedna z tych kilku kobiet, które 16 sierpnia 1980 uratowały strajk w Stoczni Gdańskiej. Legenda gdańskiej opozycji, antykomunistka. Miała 55 lat, chorowała, a III RP miała dla niej 447 zł miesięcznie… Za ile żyją jej prześladowcy… To tylko drobny przykład… W takim klimacie nie oczekujmy od młodego pokolenia, że będzie broniło jakichkolwiek wartości. Jan Paweł II mówił w 1983 roku podczas swej pielgrzymki do Ojczyny, że wydarzenia sierpnia 1980 zadziwiały świat, bo robotnik upominał się o swoje prawa z Ewangelią w ręku i istotą jego żądań nie było ważne skądinąd pytanie „za ile?”, ale „w imię czego?” Nieosądzenie stanu wojennego prowokuje i zachęca następców, bo skoro takie zbrodnie uchodzą bezkarnie, to cóż stanie na przeszkodzie, by powtórzyć zamach na własny naród?

Rozmawiał Jakub Maciejewski

Jarosław Szarek, dr historii, pracownik Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Krakowie, współpracownik Tygodnika Rodzin Katolickich „Źródło”, dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, autor książek: Wojna z narodem, Warszawa 2006; Czarne juwenalia, Kraków 2007; współautor m.in.: W cieniu czerwonej gwiazdy. Zbrodnie sowieckie na Polakach (1917-1956), Kraków 2010; Zaczęło się w Polsce 1939-1989, Warszawa 2009; Kronika komunizmu w Polsce, Kraków 2009; Po dwóch stronach barykady, Kraków 2007; Królowo Polski, przyrzekamy! Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego, Kraków 2006; Droga do niepodległości. Solidarność 1980-2005, Warszawa 2005; Komunizm w Polsce, Kraków 2005; Ofiara Sprawiedliwych. Rodzina Ulmów – oddali życie za ratowanie Żydów, Kraków 2004; Polska. Historia 1943-2003, Kraków 2003; Stan wojenny w Małopolsce. Relacje i dokumenty, Kraków 2005; Czy ktoś przebije ten mur? Sprawa Stanisława Pyjasa, Kraków 2001. Współautor serii książek historycznych dla dzieci Kocham Polskę oraz tomów Z archiwów bezpieki – nieznane karty PRL.

"Bibuła"

 

 

„Solidarność” a systemowe przekształcenia Europy Środkowo-Wschodniej


„Solidarność” była ruchem pacyfistycznym, programowo rezygnującym ze stosowania przemocy w rozwiązywaniu konfliktów zbiorowych. Działała na skalę całego kraju i narodu, odwołując się do zasad solidarności społecznej, a także wartości moralnych w życiu publicznym. Sama w sobie będąc zaprzeczeniem reguł systemu komunistycznego — naruszyła podstawy komunizmu w Polsce, a potem w całym bloku sowieckim. „Światło  Solidarności rzuca blask na nas wszystkich” — stwierdzili francuscy badacze ruchu już w 1981 roku. 1

sierpniu 2003 oryginalny zapis 21 Postulatów Gdańskich z sierpnia 1980 wraz z założoną w Ośrodku KARTA w Warszawie kolekcją archiwalną „Solidarność” — narodziny ruchu (oryginalne materiały z okresu sierpień 1980 – grudzień 1981) zostały wpisane na listę UNESCO najważniejszych zbiorów archiwalnych istniejących na świecie, w Programie „Pamięć Świata”.Dzisiaj „Solidarność” jest związkiem zawodowym, występującym w imieniu swoich członków o ich prawa ekonomiczne i pracownicze.Polska jest państwem demokratycznym, który 1 maja 2004, obok sześciu innych państw post-komunistycznych, wszedł do Unii Europejskiej, przedtem — 1 stycznia 1990 —zmieniając nazwę z Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej na Rzeczpospolitą Polską..

Narodziny „Solidarności” poprzedziła długa historia oporu społeczeństwa polskiego wobec systemu komunistycznego, narzuconego Polsce i innym krajom Europy Środkowo-Wschodniej po II wojnie światowej.

Po Jałcie
W lutym 1945 w Jałcie na Krymie spotkali się przywódcy antyhitlerowskiej koalicji — premier Wielkiej Brytanii Winston J. Churchill, prezydent USA Franklin D. Roosevelt oraz dyktator ZSRR generalissimus Józef Stalin, aby u kresu wojny ustalić strefy wpływów w Europie. Nikt nie pytał o zdanie Polaków, którzy walczyli u boku aliantów na wszystkich frontach (a Polska już we wrześniu 1939 stała się ofiarą dwóch agresorów — III Rzeszy i ZSRR) — gdy przesuwano Polsce granice i decydowano o jej powojennym losie.

W Jałcie narodom Europy Środkowo-Wschodniej — na niemal pół wieku — odebrano wolność i szansę na demokrację, uznając ich przynależność do bloku sowieckiego. W Polsce zainstalowana siłą sowieckich czołgów, potem „legitymizowana” w sfałszowanym referendum 1946 i wyborach 1947 roku, komunistyczna władza na długo wprowadziła system stalinowski, z jego terrorem i zakłamaniem. W ciągu kilku powojennych lat zlikwidowano podziemie niepodległościowe, na śmierć czy wieloletnie więzienie skazano tysiące „wrogów ludu”; tępiono każdy przejaw niezależności.

Podzielono, zastraszono i niemal spacyfikowano społeczeństwo. Po śmierci Stalina (w 1953 roku) system powoli łagodniał. Rok 1956 przyniósł Polsce „październikową odwilż” (m.in. niespotykaną nigdzie indziej w krajach bloku sowieckiego: niezależność Kościoła katolickiego, pewną autonomię inteligenckich środowisk twórczych, a na wsi utrzymanie indywidualnej gospodarki chłopskiej). Pozostawił jednak pamięć  Poznańskiego Czerwca, gdy rozpoczynający się pod żądaniami „chleba i wolności” strajk robotników, przerodził się w walki uliczne, w których obie strony użyły broni. (Przyjmuje się, że w Poznaniu zginęły przynajmniej 63 osoby cywilne oraz 10 osób spośród żołnierzy i aparatu bezpieczeństwa, kilkaset zostało rannych, prawie 700 aresztowano, a kilkadziesiąt skazano.) „Odwilż” oficjalna okazała się bardzo powierzchowna, jednak niezależny od władzy nurt życia społecznego trwał i zaczął się rozrastać.

Kolejny publiczny bunt (tym razem „inteligencki”) miał miejsce w 1968 roku, kiedy brutalnie zdławiono demokratyzacyjny ruch studentów, a zarazem przeprowadzono oficjalną kampanię antysemicką (z Polski wyjechało pod różnego rodzaju naciskami ok. 20 tysięcy Żydów lub osób pochodzenia żydowskiego). Wydarzenia te przyczyniły się jednak do uformowania się w Polsce „pokolenia’68”, aktywnego w latach późniejszych w opozycji antysystemowej.

W innych krajach regionu pragnienie zmian przynależności politycznej także objawiało się rewoltami i masowymi protestami, które jednak niezmiennie kończyły się klęską w efekcie interwencji sił sowieckich — w Berlinie w czerwcu 1953, w Budapeszcie w listopadzie 1956, w Czechosłowacji w sierpniu 1968. Udział polskich oddziałów w interwencji wojsk Układu Warszawskiego w tłumieniu rewolucji Dubczeka w 1968 roku został bolesną zadrą w stosunkach polsko-czesko-słowackich.

Rok 1970
12 grudnia 1970 władze polskie ogłosiły totalną podwyżkę cen artykułów spożywczych. Następnego dnia zastrajkowała Stocznia Gdańska, potem inne przedsiębiorstwa w mieście. Brak reakcji władz sprowokował 15 grudnia w Gdańsku wielotysięczną manifestację uliczną. Demonstranci podpalili budynek Komitetu Wojewódzkiego Partii (PZPR). I sekretarz PZPR Władysław Gomułka wydał polecenie użycia broni przez Milicję Obywatelską i wprowadzenia do miasta wojska. Wojsko i milicja strzelały nie tylko do zrewoltowanych tłumów, ale także do przypadkowych przechodniów. 16 grudnia wojsko otworzyło ogień do wychodzących z bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej, 17 rano do robotników idących już do pracy w Stoczni w Gdyni, 18 grudnia w Elblągu i Szczecinie.... Według oficjalnych danych na polskim Wybrzeżu zginęło 45 osób, 1165 zostało rannych, aresztowano około 3 tysiące.

Rzeczywista liczba ofiar jest nieznana: pogrzeby odbywały się w tajemnicy, groby znikały, rodziny zastraszano. Próbowano za wszelką cenę zatuszować zbrodnię, ale pozostawiła ona trwałe ślady w pamięci; w znanej, choć rozpowszechnianej ukradkiem, balladzie tamtego czasu śpiewano: „to partia strzela do robotników...”. Partia z nazwy „Robotnicza”. Po „wydarzeniach grudniowych” zmieniły się w Polsce władze państwowe i partyjne. I sekretarzem PZPR został Edward Gierek Była to jednak trauma dla obydwu stron. Pamięć o zabitych stała się punktem odniesienia we wszystkich następnych momentach starcia społeczeństwa z władzą. Z pewnością wpłynęła na brak siłowych rozwiązań w sierpniu 1980.

Jawna opozycja
W czerwcu 1976 władze znów próbowały wprowadzić bardzo wysokie (średnio o 70%) podwyżki cen, co wywołało strajki w kilku miastach. Szczególnie gwałtowne demonstracje odbyły się w zakładach Radomia i Ursusa. Zostały brutalnie stłumione przez specjalne oddziały milicji (ZOMO). Wiele osób (często przypadkowych) aresztowano — w więzieniach bito (m.in. w „ścieżkach zdrowia”, gdy aresztowanym kazano biec między dwoma szpalerami uzbrojonych w pałki milicjantów), potem sądzono, skazując na więzienie, wysokie grzywny lub usuwano z pracy bez możliwości znalezienia innej. Pomocy represjonowanym (prawnej i finansowej) udzielali przedstawiciele opozycyjnych środowisk inteligenckich, którzy jednocześnie zorganizowali akcję protestacyjną.
23 września czternastu opozycjonistów ogłosiło Apel do społeczeństwa i władz PRL, który stał się deklaracją założycielką Komitetu Obrony Robotników (KOR) (po roku przekształcony w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR” — KSS „KOR”). Padły tu kluczowe dla przyszłości słowa: „Ofiary obecnych represji nie mogą liczyć na żadną pomoc i obronę ze strony instytucji do tego powołanych, np. związków zawodowych, których rola jest żałosna. Pomocy odmawiają też agendy pomocy społecznej. W tej sytuacji rolę tę musi wziąć na siebie społeczeństwo, w interesie którego wystąpili prześladowani. Społeczeństwo nie ma innych metod obrony przed bezprawiem jak solidarność i wzajemna pomoc”.

KOR był pierwszą jawną grupą opozycji demokratycznej (ogłoszono listę członków z adresami i telefonami), działającą w obronie praw człowieka — choć ciągle nielegalną. Zaczął wydawać własne biuletyny. Dzięki kontaktom z zagranicznymi dziennikarzami i emigracją, (także za pośrednictwem Radia Wolna Europa), przekazywał informacje o swojej działalności bardzo szeroko. Wokół KOR-u z czasem powstało wiele inicjatyw opozycyjnych, skupiających setki osób. Rozwinął się „powielaczowy” ruch wydawniczy — poza cenzurą wydawano coraz liczniejsze gazetki i pisma, z czasem także książki. Działało samokształceniowe Towarzystwo Kursów Naukowych. Z inspiracji KOR-u powstały komitety założycielskie Wolnych Związków Zawodowych w Katowicach i na Wybrzeżu, a także Studenckie Komitety Solidarności.

KOR był jednym z opozycyjnych ruchów, odnoszących się do rezultatów Konferencji Helsińskiej, na której Związek Radziecki zobowiązał się do przestrzegania praw człowieka. W maju 1976 rosyjski dysydent Andriej Sacharow powołał Moskiewską Grupę Helsińską, w lipcu 1976 działalność podjął KOR, w styczniu 1977 w Czechosłowacji ogłoszono KARTĘ 77.

Sporadycznie udawało się im nawiązywać kontakty. Między innymi latem 1978 r. doszło na granicy polsko-czechosłowackiej do spotkań czołowych działaczy KSS „KOR” i KARTY 77 (m.in. Jacka Kuronia i Vaclava Havla). W Polsce powstały również w 1977 Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), a następnie inne ugrupowania opozycyjne — często wchodzące z sobą w ostre spory ideowe. Liczbę osób zaangażowanych w działalność opozycyjną końca lat 70. szacuje się na około 500 aktywnych i dodatkowo ponad 1000 osób włączających się okazjonalnie. Jednak coraz szerzej rozchodząca się literatura niezależna, drukowana konspiracyjnie, trafiała do wielu tysięcy osób, co wpływało na zmianę stosunku do systemu licznych środowisk społecznych.

Polski Papież
Wybór kardynała Karola Wojtyły na papieża, a potem wizyta Jana Pawła II w Polsce w czerwcu 1979 — sprawiły, że zatomizowane i pochłonięte zmaganiem się z codziennością polskie społeczeństwo poczuło się nagle wspólnotą i to wspólnotą milionów — odkryło w sobie duchową siłę, wspólne doświadczanie własnej tożsamości, poczuło swobodę jaką daje nieskrępowane wyrażanie zbiorowej woli. W czasie papieskich mszy po raz pierwszy gromadził się spokojny, zdyscyplinowany, choć przeżywający wielkie uniesienia tłum — niejako przeciw obcej ideologicznie władzy państwowej.  Wizyta Papieża uświadomiła zarówno społeczeństwu, jak i komunistycznym władzom, iż Polacy zdobyli punkt oparcia poza strukturami narzuconego systemu, a słowa Papieża wypowiedziane 2 czerwca na Placu Zwycięstwa w Warszawie: „Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi” — okazały się prorocze.

Fala strajkowa
Kraj jednak pogrążał się w gospodarczym chaosie. Utajone podwyżki, nasilająca się inflacja, doprowadziły w początku 1980 roku do braku na rynku niemal wszystkich artykułów. Z miesiąca na miesiąc wzrastało napięcie społeczne. Wprowadzenie podwyżki cen mięsa w stołówkach i bufetach zakładowych z dniem 1 lipca 1980 stało się przysłowiową iskrą zapalającą beczkę prochu.Największe znaczenie miał lipcowy strajk powszechny w Lublinie, który objął 150 zakładów z 50 tysiącami ludzi, stanęła komunikacja miejska, koleje. Rząd zaczął prowadzić pertraktacje i 11 lipca podpisał porozumienie z komitetami strajkowymi nazywanymi „postojowymi” (aby nie używać groźnie brzmiącego słowa strajk). Oprócz ustępstw socjalnych zagwarantował strajkującym bezpieczeństwo oraz zobowiązał się przeprowadzić nowe wybory do rad zakładowych. Po raz pierwszy w powojennej historii doszło do podpisania porozumienia między władzą a strajkującymi robotnikami.
Władze starały się doraźnie uspokoić sytuację wycofaniem nowych cen i obietnicami niewielkich podwyżek. Takie też — „lokalne” — były początkowo ambicje strajku w Gdańsku, chociaż polityczne ustępstwa w Lublinie dawały nadzieję na nowy krok w walce opozycyjnej.

Strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina rozpoczął się 14 sierpnia 1980 w obronie wyrzuconej z pracy Anny Walentynowicz — robotnicy, współorganizatorki powstałych w 1978 Wolnych Związków Zawodowych (WZZ). Zainicjował go Bogdan Borusewicz z KOR-u i WZZ wraz z trzema młodymi robotnikami ze Stoczni, a także wyrzuconym z pracy działaczem strajkowym z 1970 roku i członkiem nielegalnych WZZ — Lechem Wałęsą. Następnego dnia przyłączyły się inne stocznie, porty oraz inne zakłady w mieście. 16 sierpnia doszło do kompromisu, także w sprawie podwyżki i dodatku „drożyźnianego” dla stoczniowców — większość komitetu strajkowego uznała, że cel został osiągnięty i wezwała robotników do opuszczenia Stoczni. Tylko moment dzielił od zakończenia strajku bez wymuszenia na władzach jakichkolwiek ustępstw o charakterze ogólniejszym, politycznym, które dałyby gwarancje innym strajkującym zakładom. Pod presją przedstawicieli załóg mniejszych zakładów, którzy przybyli do Stoczni z wyrazami poparcia — postanowiono pozostać na terenie Stoczni, ogłaszając strajk solidarnościowy.

Strajk na rzecz wszystkich
Na noc 16/17 sierpnia w olbrzymiej Stoczni zostało mniej niż tysiąc strajkujących. Mogli stać się łatwym celem pacyfikacji, ale władze nie były zdecydowane na siłowe rozwiązania — potem byłoby ono już znacznie trudniejsze. Tej nocy powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (MKS), który sformułował listę 21 postulatów, a wśród nich siedem politycznych. Najważniejszym był postulat pierwszy — żądanie utworzenia niezależnych od partii związków zawodowych, a poza nim —zagwarantowanie prawa do strajku, przestrzeganie wolności słowa, uwolnienie więźniów politycznych i podjęcie działań w celu wyprowadzenia kraju z kryzysu. 21 Postulatów Gdańskich stało się w ciągu paru dni dekalogiem zbuntowanego, ogarniętego strajkami kraju. 18 sierpnia wybuchł strajk powszechny w Szczecinie. Tam także powstały Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, formułujący podobne postulaty.

Do gdańskiego MKS codziennie przyłączały się kolejne zakłady. 21 sierpnia było ich już 350. Pod koniec sierpnia fala strajków ogarnęła Górny Śląsk. W końcu sierpnia strajkowało ponad 700 tysięcy ludzi z 700 zakładów w ponad połowie z 49 województw. Do Stoczni Gdańskiej — obok wielu ludzi popierających protest (dziennikarzy czy artystów — także spoza Polski) zjeżdżali opozycyjni intelektualiści, którzy wywodzili się głównie z niezależnego Towarzystwa Kursów Naukowych — tworząc komisję ekspertów, wśród nich Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Wzrastało poczucie siły i wspólnoty. Nigdy jeszcze w Polsce powojennej nie występowano na taką skalę i co najważniejsze — tak solidarnie. Strajkującym przez cały czas towarzyszył tłum otaczający Stocznię — stając się niejako dodatkowym gwarantem bezpieczeństwa. Ludzie szli pod Stocznię tak, jak przed rokiem na spotkanie z Papieżem — manifestując swój udział we wspólnocie.

Zainspirowany zbiorową jednością plastyk Jerzy Janiszewski zaprojektował znak „Solidarności’, z czasem rozpoznawalny na całym świecie: „Koncepcja wychodziła od takiego podobieństwa: jak ludzie w zwartym tłumie solidarnie wspierają się jeden o drugiego [...], tak litery tego słowa powinny się też wspierać o siebie. Dodałem jeszcze flagę, bo miałem świadomość, że sprawa nie jest już tylko środowiskowa, lecz powszechna”.

23sierpnia w Stoczni Gdańskiej robotnicy i przedstawiciele władzy stanęli twarzą w twarz. Dla rządzących te rozmowy  były szokiem. Oto robotnicy, przedmiotowo traktowani przez komunistyczną „władzę robotniczą”, stali się jej adwersarzami. Wobec groźby dalszego rozszerzania się strajku, władze zdecydowały się na przyjęcie postulatów: 30 sierpnia podpisano porozumienia w Szczecinie, 31 sierpnia w Gdańsku, a trzy dni później z górnikami w Jastrzębiu. Porozumienie Gdańskie było zasadnicze — ze względu na wagę uzgodnień i późniejszą rolę ośrodka gdańskiego.

Lech Wałęsa w momencie sukcesu, 31 sierpnia 1980: „Czy osiągnęliśmy wszystko, czego chcieliśmy, czego pragniemy, o czym marzymy? Nie wszystko, ale wszyscy wiemy, że uzyskaliśmy bardzo wiele. Resztę też uzyskamy, bo mamy rzecz najważniejszą: nasze niezależne, samorządne związki zawodowe”. To był pierwszy instytucjonalny wyłom w komunistycznym bloku. Podważono system, który wydawał się niezachwiany. Skala protestu zaskoczyła rządzących w Polsce, a także Kreml — komuniści w Moskwie nie zdecydowali się na uderzenie zbrojne na Polskę, uznając akcję za zbyt ryzykowną. Okazało się, jak wielką siłę ma społeczna solidarność.

Ogólnonarodowy związek zawodowy
Od początku września 1980 w całym kraju poszczególne Międzyzakładowe Komitety Strajkowe (MKS-y) przekształcały się w Międzyzakładowe Komitety Założycielskie wolnych związków zawodowych, potem komitety powstawały (wbrew władzom, które chciały blokować ten proces) — także tam, gdzie nie doszło do podpisania porozumień. Porozumienia sierpniowe od 11 września stały się podstawą powoływania nowych związków w całym kraju.

17września w Gdańsku na zjeździe przedstawicieli ponad 20 Międzyzakładowych Komitetów zadecydowano o powołaniu jednolitej organizacji o zasięgu ogólnopolskim — Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, a zdeklarowana liczba członków już wtedy wynosiła 3 mln ludzi. W jej szeregach znaleźli się robotnicy i pracownicy umysłowi — ludzie niemal wszystkich zawodów; potem ruch — choć w odrębnej formie organizacyjnej objął także inne grupy społeczne: studentów, rolników.Powołano Krajową Komisję Porozumiewawczą pod przewodnictwem Lecha Wałęsy, w jej skład weszli także m.in.: Andrzej Gwiazda, Marian Jurczyk, Bogdan Lis, Andrzej Słowik, Zbigniew Bujak, Patrycjusz Kosmowski, Antoni Kopaczewski i Andrzej Rozpłochowski.

Pierwszy okres legalnego działania „Solidarności” nazywany bywa „karnawałem wolności”. Monopol propagandowy władzy skutecznie podważało kilkaset biuletynów związkowych rozpowszechnianych we wszystkich regionach, agencje informacyjne Związku oraz wydawany oficjalnie w 1981 roku w nakładzie 500 tysięcy egzemplarzy „Tygodnik Solidarność”, którego naczelnym redaktorem został Tadeusz Mazowiecki.” Ostatnim „przyczułkiem” propagandowym władzy została tylko telewizja.

Ale temu organizowaniu się czy reorganizowaniu życia społecznego oraz „świętowaniu” towarzyszyły rosnące napięcia polityczne i coraz większe trudności ekonomiczne, zwłaszcza zaopatrzeniowe. Po żywiołowym okresie formowania się i rejestracji Związku, napięciach związanym z próbami manipulacji jego statutem, nastąpił gwałtowny kryzys w stosunkach między społeczeństwem a blokującą demokratyczne zmiany władzą. Wybuchały liczne strajki o zasięgu niekiedy lokalnym lub szerszym, a nawet ogólnopolskim ze względu na łamanie porozumień sierpniowych, brak zgody na rejestrację „Solidarności” rolników czy Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Nastroje społeczne ulegały radykalizacji. Władze prowokowały coraz to nowe konflikty. Jedną z najgroźniejszych prowokacji było pobicie w marcu 1981 przez specjalnie sprowadzony oddział milicji działaczy związkowych w Bydgoszczy (m.in. Jana Rulewskiego). W ich obronie w czterogodzinnym strajku ostrzegawczym stanął solidarnie cały Związek, a właściwie zamarł wtedy w bezruchu cały kraj — co pokazało, jak ogromną siłę ma „Solidarność”. Postawiło to kraj na krawędzi strajku generalnego, którego obawiano się ze względu na prawdopodobną zbrojną interwencję ZSRR. Zawarty wówczas kompromis z władzą (i odwołanie strajku) odebrał siłę naporu na władzę — zarówno „Solidarności”, jak i wspierającemu ją społeczeństwu.

Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej
I Zjazd NSZZ „Solidarność” zwołany został we wrześniu 1981 — poprzedziły go pierwsze w powojennej Polsce demokratyczne wybory delegatów. Jednym z ważniejszych dokumentów Zjazdu stało się Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej: „Delegaci zebrani w Gdańsku na I Zjeździe „S” przesyłają robotnikom Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Węgier i wszystkich narodów ZSRR pozdrowienia i wyrazy poparcia. Jako pierwszy niezależny związek zawodowy w naszej powojennej historii — głęboko czujemy wspólnotę naszych losów. Zapewniamy, że wbrew kłamstwom szerzonym w Waszych krajach, jesteśmy autentyczną, 10-milionową organizacją pracowników, powstałą w wyniku robotniczych strajków. Naszym celem jest walka o poprawę bytu wszystkich ludzi pracy. Popieramy tych z Was, którzy zdecydowali się wejść na trudną drogę walki o wolny ruch związkowy [...].”

Dokument wzbudził kontrowersje jako „niepolityczny”, nawołujący do buntu w całym komunistycznym bloku i przez to „niebezpieczny”. Ale Posłanie stało się przede wszystkim symbolicznym gestem otwarcia na inne narody z sowieckiej strefy wpływów, „podzielenia się” wywalczoną wolnością, zapowiedzią wspólnej drogi. Na Kremlu dokument wywołał prawdziwą wściekłość — Leonid Breżniew zatelefonował do I sekretarza PZPR Stanisława Kani i wychodząc od Posłania żądał wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. W wielkich zakładach radzieckich organizowano gniewne wystąpienia „kolektywów robotniczych”, które w rezolucjach potępiały „Solidarność”.

W całym 16-miesięcznym Karnawale „Solidarności” partie komunistyczne w „bratnich” krajach zabezpieczały się przed jej wpływem, widząc śmiertelne zagrożenie dla swojej władzy. Komuniści niemieccy, bojąc się rozprzestrzeniania zarazy „solidarnościowej”, już w październiku 1980 zamknęli jednostronną decyzją granicę z Polską, otwartą dotąd dla ruchu bezwizowego.

Kontrrewolucja — władza przeciw społeczeństwu
Powstanie wielkiej niezależnej organizacji społecznej, jaką stała się „Solidarność”, było całkowicie sprzeczne z istotą systemu komunistycznego. W kierownictwie PZPR dominowały dążenia do przywrócenia monopolu władzy, a wspierały je naciski innych reżimów z sąsiedzkich krajów komunistycznych oraz groźby sowieckiej interwencji. Plany osłabienia lub podzielenia „Solidarności” okazały się w latach 1980–81 mało realistyczne. Ich alternatywą było przygotowanie stanu wojennego, nad którym tajne prace przygotowawcze trwały niemal od podpisania Porozumień Sierpniowych — od września 1980. Już w trakcie trwania strajku, w sierpniu 1980 w sztabie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych opracowany został plan pacyfikacji Stoczni. Ale kierownictwo partii nie zdecydowało się na rozlew krwi — ciągle żywa była pamięć o wydarzeniach Grudnia 70.

Specjalna komisja sowiecka do spraw Polski, tzw. Komisja Susłowa, także przygotowała plan interwencji zbrojnej — 29 sierpnia w gotowości bojowej miały stanąć cztery dywizje. Uwikłani w wojnę w Afganistanie, niepewni postawy wojska polskiego, a za to pewni determinacji w oporze polskiego społeczeństwa i potępienia Zachodu, przywódcy sowieccy nie zdecydowali się na otwarcie „drugiego frontu”. Także 8 grudnia 1980 wojska Układu Warszawskiego gotowe były do zbrojnej interwencji w Polsce — 18 dywizji ZSRR, NRD i CSRS stało na granicy. Decyzję o odwołaniu akcji podjęto w ostatniej chwili, uznając moment (między innymi po jednoznacznym ostrzeżeniu ze strony prezydenta USA Jimmy’ego Cartera) za niekorzystny dla ataku. Potem wielokrotnie Sowieci straszyli agresją, czego bardzo się w Polsce bano i co często stawało się argumentem przeciwko radykalizacji żądań strony solidarnościowej. (Stąd wzięła się autodefinicja zjawiska: „samoograniczająca się rewolucja”).

W ciągu roku 1981 Sowieci coraz wyraźniej stwierdzali, iż wojsk do Polski wprowadzać nie chcą, że porządek muszą polscy towarzysze zaprowadzić sami. Polscy komuniści nie mogli wiedzieć, że 10 grudnia 1981, trzy dni przed wprowadzeniem stanu wojennego, jeden z przywódców sowieckiej władzy, mówił na Kremlu: „Nie zamierzamy wprowadzać wojsk do Polski. To jest właściwe stanowisko i powinniśmy stać przy nim do końca. Nie wiem, jak rozstrzygnie się sprawa, ale nawet jeśli Polska dostanie się pod władzę «Solidarności», to będzie to tylko tyle. [...] Musimy troszczyć się o nasz kraj”.  Związek Radziecki dopuszczający istnienie Polski „solidarnościowej” tracił moc globalnego imperium. W Polsce jednak nie wiedziało tego ani społeczeństwo, ani władza działająca w imieniu tego imperium.

Stan wojenny
13 grudnia 1981 stojący na czele władz gen. Wojciech Jaruzelski ogłosił wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, na ulice wyjechały transportery opancerzone, wyszło wojsko i ZOMO (Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej), całkowicie przerwano łączność telefoniczną. Zmilitaryzowana została struktura państwa, m.in. zawieszono działalność wszystkich organizacji, stowarzyszeń i związków zawodowych, w sądach wprowadzono tryb doraźny, obowiązywała godzina milicyjna. Pierwszej nocy, z 12 na 13 grudnia, internowano większość przywódców „Solidarności”, działaczy z zakładów uznanych za szczególnie ważne, intelektualistów wspierających ruch (oficjalnie ponad 5 tysięcy osób, potem następowały nowe zatrzymania; w grudnia 1982 — mimo także zwolnień — zanotowano ponad 10 tysięcy internowanych). „Solidarność” dała się zaskoczyć — zresztą nie prowadziła żadnych przygotowań do oporu fizycznego, zbrojnego; była bezradna wobec użytych sił militarnych państwa.

A jednak od pierwszych momentów stanu wojennego rodził się opór, który najpierw przybierał formę strajków okupacyjnych. Połączone siły milicji i wojska pacyfikowały jednak brutalnie kolejne strajkujące zakłady. Na Śląsku milicja strzelała do górników broniących kopalni „Wujek” w Katowicach (gdzie było 3 tysiące strajkujących) — dziewięciu zabitych to pierwsze śmiertelne ofiary militarnego „zaprowadzania porządku”. (W sumie udokumentowano 115 wypadków śmierci bezpośrednich ofiar stanu wojennego.)  Późniejsze próby manifestacji ulicznych przeciwko stanowi wojennemu — spotykały się także z brutalną odpowiedzią — rozpędzane przez milicję używającą gazów łzawiących, armatek wodnych, pałek. Na podstawie dekretu o stanie wojennym wprowadzono przepisy prawne, które stały się podstawą aresztowania i skazania wielu tysięcy osób. W czasie formalnego obowiązywania stanu wojennego — do 22 czerwca 1983 skazano prawie 12 tysięcy osób. Potem aresztowania trwały nadal aż do jesieni 1986 roku. „Solidarność” została zdelegalizowana, przetrwała jednak 7-letni okres nielegalności..

 Wolność w podziemiu
W początkach stanu wojennego ze względu na całkowity brak możliwości porozumiewania się (m.in. wyłączone telefony, zakaz opuszczania miast bez specjalnych przepustek, zamknięcie wszystkich gazet prócz dwóch partyjno-propagandowych), najbardziej pożądanym towarem stawało się „wolne słowo” — niemal wszędzie tworzono więc najpierw sieci służące zbieraniu i przekazywaniu informacji. Stawały się one zalążkiem „społeczeństwa podziemnego” — jak sformułował to jeden z przywódców odbudowującej się „Solidarności”

Już w kwietniu 1982 roku doszło do utworzenia w konspiracji ogólnopolskiego kierownictwa — Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej „Solidarności”. W jej skład weszli przywódcy największych i najlepiej zorganizowanych w podziemiu regionów, którym udało się uniknąć internowania i aresztowania — Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak, Władysław Hardek i Bogdan Lis. Stawiali sobie za cel działania zmierzające do odwołania stanu wojennego, uwolnienia wszystkich internowanych i aresztowanych oraz przywrócenia NSZZ „Solidarność”.

Jednym z większych ich zadań tego czasu było przygotowanie konfrontacji z władzą 31 sierpnia 1982, w drugą rocznicę podpisania Porozumień w Gdańsku (pojawiały się pogłoski o zbrojeniu się „Solidarności”). W 66 miejscowościach Polski odbyły się demonstracje, w których wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy osób. Doszło do walk ulicznych w wielu miastach, setki osób odniosły rany, w Lubinie milicja strzelała ostrą amunicją — padło pięciu zabitych. Pokazało to z jednej strony bezwzględność władz komunistycznych, z drugiej determinację społeczeństwa w sprzeciwie wobec nich, a w sumie — brak perspektyw na szybką zmianę sytuacji. Utwierdzało to struktury solidarnościowe w konieczności przygotowania się na „długi marsz”.

Podziemna „Solidarność” to nie tylko działalność o charakterze politycznym, ale także niezależna kultura i oświata, a przede wszystkim niezależny od władzy, bo tworzony poza cenzurą, ruch wydawniczy (jak nazywano go — „drugi obieg”). Rozwinął się on na niespotykaną dotąd i nigdzie więcej nie występującą skalę, mimo że aresztowano i skazywano na wysokie wyroki nie tylko wydawców, drukarzy, ale i kolporterów „samizdatu”. Największa podziemna gazeta wydawana w stanie wojennym — „Tygodnik Mazowsze” — osiągała nakład 80 tysięcy egzemplarzy. W całym okresie zorganizowanej opozycji, w latach 1976–90 (do momentu likwidacji cenzury), ale głównie po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 — ukazało się w Polsce blisko 5000 tytułów wydawnictw ciągłych (gazetek i czasopism) wydanych w „drugim obiegu”, a druków zwartych (książek i broszur) blisko 7000 pozycji. Szacuje się, że stały kontakt z tymi publikacjami miało około 100 tysięcy osób, a sporadyczny — 200–250 tysięcy

Przez wszystkie te lata organizowano niezależne (zwykle w salach kościołów, ale także w prywatnych mieszkaniach) wystawy, wykłady, koncerty, a nawet spektakle teatralne. Działalność tę w pewnym stopniu koordynowały i finansowo wspierały różne komitety społeczne, a potem powstałe w 1983 „podziemne ministerstwo” — OKNo (oświata, kultura, nauka)

Pomoc Zachodu
Jak ważna była Polska okresu „Solidarności” jako wyspa wolności w bloku sowieckim, świadczy reakcja świata na wprowadzenie stanu wojennego. Międzynarodowa solidarność krajów demokratycznych z Polską, której odebrano tę wolność, pokonywała granice ustanowione przez komunistów. Francja, Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania, Austria, Stany Zjednoczone i wiele innych krajów zareagowało na stan wojenny i represje wobec „Solidarności”, udzielając polskiemu społeczeństwu moralnego i materialnego wsparcia na niespotykaną skalę. Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego, związki zawodowe we Francji i innych krajach organizowały zbiórki publiczne pieniędzy i wysyłanie paczek. Potem w tę pomoc włączyła się Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych i Światowa Konfederacja Pracy.

Zachodu do Polski szły transporty z pomocą humanitarną (żywność, lekarstwa) —czasem ogromne, składające się z kilkudziesięciu tirów. Przemycano także pomoc techniczną dla polskiej opozycji — farby, matryce, powielacze, a nawet maszyny drukarskie.Dla przywódców komunistycznych w Polsce ta ogromna pomoc udzielana „Solidarności” była zarazem dowodem, iż oni nie uzyskają międzynarodowego poparcia dla swych działań. Była to w istocie zapowiedź niemal całkowitej ich izolacji ze strony Zachodu.

Ostatni atak systemu
Polscy funkcjonariusze komunizmu zaatakowali polskie społeczeństwo w imieniu imperium — ZSRR. Nie wygrali; ten atak, choć udany militarnie, był równoznaczny z ostateczną — społeczną i gospodarczą — klęską systemu. Kolejne lata „stanu wojennego” (1981–1988), paraliżujące Polskę, nie przywróciły władzom skuteczności działania. Pamięć o 10-milionowej „Solidarności” hamowała zarazem ich represyjność. W Moskwie doświadczenia z „Solidarnością” było z pewnością impulsem dla polityki Pierestrojki, która zakładała, że nie da się już sterować narodami wykorzystując wyłącznie metody zastraszania. Twardy kurs wobec coraz liczniejszych przeciwników systemu, zarówno w ZSRR, jak i pozostałych krajach bloku sowieckiego, nie zmieniał rozpaczliwego stanu gospodarki, a jednocześnie pogarszał sytuację międzynarodową. Zaczęto szukać innych rozwiązań.

W 1985 roku, wraz z przejęciem władzy na Kremlu przez Michaiła Gorbaczowa, pojawiło się hasło przebudowy systemu. Imperium sowieckie, pogrążone w głębokim kryzysie, miała uratować polityka gospodarczych reform i pewnej liberalizacji. Pierestrojka jednak nie pomogła — w 1988 roku imperium zaczynało się rozpadać, republiki bałtyckie prowadziły już otwartą walkę o niepodległość. Przywódcy „bratnich” państw zaczęli tracić oparcie w Związku Radzieckim, dla swych wewnętrznych rozgrywek z własnymi społeczeństwami.

Powrót „Solidarności””
Pierwszym sygnałem zmian w Polsce w relacjach władze–opozycja było zwolnienie wszystkich więźniów politycznych w połowie września 1986. Przyniosło w odpowiedzi apel Lecha Wałęsy i grupy intelektualistów do prezydenta USA o zniesienie sankcji gospodarczych wobec PRL (październik 1986), co było wstępnym znakiem gotowości opozycji do pertraktacji z władzą. 29 września 1986 powstała jawna Tymczasowa Rada „Solidarności” z Lechem Wałęsą na czele, jako zarząd nadal nielegalnego Związku.Spowodowało to ujawnianie się innych struktur podziemnej „Solidarności” w różnych regionach. Rozpoczął się powolny, bardzo trudny i budzący wiele kontrowersji wśród nawet samych działaczy proces ponownej legalizacji „Solidarności”.

W1988 roku wróciła nagle fala strajkowa. Najpierw w maju strajki nie tylko nie ogarnęły dużej liczby zakładów, ale zostały wbrew tendencjom ugodowym szybko i brutalnie spacyfikowane (w Nowej Hucie pobito kilkadziesiąt osób, aresztowano Komitet Strajkowy). W sierpniu objęły jednak kopalnie na Śląsku, Stocznię Gdańską i wiele przedsiębiorstw w kilku województwach. Wyglądało to na powtórkę Sierpnia 80.Władze wyraziły gotowość do rozmów — 31 sierpnia doszło do ich spotkania z Wałęsą. Rozpoczęły się przygotowania do rozmów generalnych władzy z opozycją przy „okrągłym stole”.

Wynegocjowana zmiana systemu
Obrady Polskiego Okrągłego Stołu trwały od 6 lutego do 5 kwietnia 1989. Uczestniczyło w nich 230 przedstawicieli opozycji, głównie z kręgów „Solidarności”, powołanych przez Lecha Wałęsę. Wynegocjowano ponowną rejestrację NSZZ „Solidarność”. Ustalono pakiet reform politycznych, spośród których najważniejsze było prawo do obsadzenia w drodze wolnych wyborów 1/3 miejsc w Sejmie oraz wolne wybory do nowo powstającego Senatu. Kandydatom opozycji gwarantowano możliwość przeprowadzenia kampanii, w tym utworzenia dziennika związanego z „Solidarnością” („Gazeta Wyborcza”).

Wybory do Parlamentu w czerwcu 1989 przyniosły komunistom druzgocącą klęskę. Społeczeństwo po raz pierwszy w powojennej Polsce dopuszczone zostało do udziału we władzy. Kandydaci „Solidarności” zdobyli 160 miejsc w Sejmie (niemal wszystkie mandaty, jakie mogli obsadzić) i 99 miejsc w stuosobowym Senacie. Taki wynik wyborów oznaczał w Polsce koniec komunizmu — powołanie pierwszego niekomunistycznego rządu w bloku sowieckim, zniesienie cenzury, wejście na drogę budowy demokracji.

Koniec „Jałty”
W 1989 roku, gdy sowieckie przyzwolenie dla daleko idących zmian, wynegocjowanych przy polskim Okrągłym Stole, stało się oczywiste, przyszła kolej na Węgry, gdzie władza i opozycja także zasiadły do rozmów. Kolejne społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej, w: NRD, Czechosłowacji, republikach bałtyckich wypowiadały posłuszeństwo komunistycznej władzy...W czasie „aksamitnej rewolucji” w Pradze historyk Timothy Garton Ash powiedział do Vaclava Havla: „W Polsce to trwało 10 lat, na Węgrzech 10 miesięcy, w NRD 10 tygodni, może w Czechosłowacji zajmie to 10 dni?”.

Między sierpniem 1980 a listopadem 1989 dokonał się największy pokojowy przewrót w powojennej Europie — między bramą Stoczni Gdańskiej a Bramą Brandenburską w Berlinie. W następstwie procesu uruchomionego przez „Solidarność”, „runął” berliński mur — symbol pojałtańskiego podziału Europy. Siłą napędową przemian okazała się społeczna solidarność.  Wydarzenia Jesieni Ludów 1989 roku w małym stopniu przypominały „czas negocjacji” w Polsce przełomu lat 1988/89, raczej wprost nawiązywały do eksplozji Sierpnia 80, wszystkie też (z wyjątkiem Rumunii) — były pokojowymi rewolucjami.

Przełom lat 80. i 90. w bloku sowieckim potwierdził znaczenie, jakie miały dni tamtego Polskiego Sierpnia 80 dla historii Europy. Z jednej strony — zahamowały agresywność systemu, z drugiej — pobudziły społeczną wyobraźnię, wzmocniły odwagę. I choć dywizje były tylko po jednej ze stron, stanęły wobec siebie dwie siły. Im dłużej nie następował atak, tym większe miała znaczenie postawa bezbronnych mas. Związek Radziecki rozpadł się. Powstawały kolejne niepodległe państwa: Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina... W październiku 1992 ostatnie oddziały Armii Radzieckiej, stacjonujące w Świnoujściu opuszczają terytorium Rzeczpospolitej Polskiej.

Jednakże system sowiecki przetrwał pod różnymi postaciami w części dawnego imperium. Fala wolności pojawiała się jednak i tu, podnosiła się nawet w Rosji, ale opadała. Na Białorusi okazała się wyjątkowo słaba. Nigdzie jednak nie zamarła. W zwycięstwo pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, gdzie determinacja tysięcznych tłumów na ulicach, wsparta solidarnie przez ludzi z innych krajów, w tym silnie i licznie z Polski, przypomniała tamtą — polską atmosferę solidarności roku 1980. To kolejny sukces pokojowej, zbiorowej odmowy — dowód, iż pragnienia wolności nie da się zdusić w żadnym ze społeczeństw.

 
 www.solidarnosc.gov.pl Alicja Wancerz-Gluza
(Ośrodek KARTA)
 

 

Agata Pustułka

 

Uwiodła męża, by donosić potem na niego esbekom

 

Żona słynnego działacza śląsko-dąbrowskiej Solidarności Andrzeja Rozpłochowskiego wyszła za niego tylko po to, aby donosić nań esbekom. Jego ojciec nagrywał każde słowo syna i przekazywał dalej bezpiece. O wielkiej rodzinnej tragedii, która swój finał znalazła dopiero teraz, po 29 latach, o granicach miłości i przebaczenia pisze Agata Pustułka

Rok 1980. Huta Katowice. W nocy z 29 na 30 sierpnia Andrzej Rozpłochowski staje na czele komitetu strajkowego, a wkrótce Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Trwa rozpoczęty protestem w Stoczni Gdańskiej festiwal polskiej wolności. Rozpłochowski - urodzony w Gdańsku Oliwie trzydziestolatek, z bujną czupryną, pod wąsikiem - szybko przejmuje władzę nad rozpaloną emocjami załogą.

Ludzie podziwiają go za odwagę. On zapowiada strajk aż do zwycięstwa. Nagle ten nikomu nieznany maszynista lokomotyw spalinowych staje się jedną z najważniejszych osób w regionie. Zadziora, radykał, pistolet. Nie przebiera w słowach. Ma w nosie socjalizm z ludzką twarzą, a budowaną przy ulicy Lompy w Katowicach nową siedzibę Milicji Obywatelskiej chce przerabiać na szpital. Potrafi zdobyć posłuch tłumu. Bez takich jak on Sierpień '80 z pewnością by się nie udał.

- Jak my tu w Polsce rąbniemy pięścią w stół, to moskiewskie kuranty zagrają "Mazurka Dąbrowskiego" - rozpala się Rozpłochowski, a działaczom PZPR proponuje pieprz i sól, by przyprawili swoje legitymacje, gdy je będą zjadać. Słowa te budzą wściekłość partyjnych ważniaków. SB chce go skompromitować, wykończyć.

 

Rok 2009, Sacramento

 
Dwadzieścia dziewięć lat później, Kalifornia, USA. Słowa już tak łatwo nie przychodzą. Andrzej Rozpłochowski, tęskniąc za Polską, pisze oświadczenie z zamiarem wysłania do znajomych: "W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia 2006 roku otrzymałem z kraju informację, że moja żona z początkiem stanu wojennego została tajnym współpracownikiem SB" - wyjawił kilkanaście dni temu.

"Radosne przeżywanie świąt zmieniło się w rodzinne piekło łez, stresu i dramatycznych rozmów, których wynikiem było jednak od pierwszej chwili szczere przez żonę do wszystkiego się przyznanie. Przed kolejnym Bożym Narodzeniem, 2007 roku, uzyskałem z kraju nie tylko potwierdzenie, że także mój ojciec był pracownikiem UB, ale nadto, że potem przez wiele lat był jeszcze kontaktem operacyjnych SB" - wyjaśnia po latach Rozpłochowski.

- To ja zadzwoniłam do Andrzeja z informacją na temat żony. Powiedziałam: lepiej, żebyś usłyszał to od przyjaciół, a nie od wrogów - mówi Jadwiga Chmielowska, działaczka antykomunistycznej opozycji, dziennikarka, od początku śledząca karierę Rozpłochowskiego. - Baśka jest drugą żoną Andrzeja.

Myślę, że została celowo podstawiona mu przez esbecję. Gdy tylko się pojawiła, zaczęła go kokietować. Ubierała się i zachowywała w sposób wyzywający. Była w 100 proc. w jego typie, jakby szyta pod jego portret psychologiczny. Zresztą Rozpłochowski w ogóle podobał się kobietom. Ale pierwsza żona, choć miała do niego żal, nigdy na niego nie doniosła - wspomina Chmielowska.
Rozpłochowski na jej rewelacje zareagował milczeniem. Po prostu go zatkało. Potem były godziny rozmów telefonicznych, na Skypie, wiele mejli. Sprawa przedostała się do publicznej wiadomości dopiero teraz, na przełomie maja i czerwca.



Za dwie paczki kawy


Przemysław Miśkiewicz, szef Stowarzyszenia "Pokolenie", które przygotowuje m.in. "Encyklopedię Solidarności" i stara się ocalić od zapomnienia dawnych bohaterów, nie był zaskoczony decyzją Rozpłochowskiego o publicznej spowiedzi. - Postąpił odważnie - mówi.

- Perfidia esbeków wobec Rozpłochowskiego nie dziwi. On nie szedł na żadne układy z władzą i SB wszędzie szukała na niego haków. Wartość donosów jego żony polega na tym, że dzięki nim można było stworzyć jego psychologiczne zwierciadło, co pozwalało na zdobycie wiedzy na temat jego słabych i mocnych stron. Fatalne w sprawie jest to, że w zamian za informacje dostawała gratyfikacje. Z materiałów SB wynika, że domagała się np. dwóch paczek kawy. Jeśli chodzi o ojca, już od lat było wiadomo, że pracował w UB. Esbecja zamieściła tę informację w kolportowanych w latach 80. ulotkach.

- Przez lata nie miał z ojcem kontaktu, bo jego rodzice byli po rozwodzie. Mógł być nie do końca świadomy tego faktu - przypomina Chmielowska. - A potem Rozpłochowski jakby wyparł go z pamięci. Z pewnością doznał wstrząsu, gdy dowiedział się, że w domu ojca, do którego poszedł zaraz po kolejnym wyjściu z aresztu, był zamontowany podsłuch - dodaje Miśkiewicz.

Sprawie Rozpłochowskiego esbecy nadali kryptonim "Lider", co świadczy nie tyle o braku oryginalności, co o wadze, jaką esbecy przywiązywali do jego osoby. Plan działań wobec Rozpłochowskiego był precyzyjnie nakreślony. Obejmował "rozpracowanie i stałe dokumentowanie wrogich wystąpień, wypowiedzi i inicjatyw, organizowanie działań specjalnych i operacyjnych mających na celu wykazywanie jego szkodliwej i antysocjalistycznej działalności, by wyeliminować go z władz Solidarności".

- To był samorodek polityczny, zażarty antykomunista - twierdzi Chmielowska. Esbecy starali się go skompromitować, rozpuszczając o nim plotki, kolportując ulotki i paszkwile. Oskarżano go i resztę Zarządu MKZ Katowice o libacje alkoholowe, orgie seksualne i o defraudację pieniędzy, a także o "rozbijacką działalność wewnątrzzwiązkową". W lutym 1981 roku spreparowano wobec niego serię pornograficznych zdjęć.

Fotomontaż rozesłano pocztą na tysiące adresów prywatnych i do Komisji Zakładowych Solidarności w regionie i w Polsce. Wysłano je nawet jego chorej matce. - Władze wszelkimi sposobami starały się nie dopuścić, by to Rozpłochowski został wybrany na szefa regionu, bo miałyby poważny problem - wyjaśnia śląski działacz opozycyjny Michał Luty. Wobec Rozpłochowskiego jest krytyczny, ale docenia to, że wyemigrował dopiero w 1988 roku, zmuszony do tego chorobą żony.

 - Wybrany podczas I Walnego Zjazdu na szefa związku, uchodzący za ugodowego Leszek Waliszewski opuścił Polskę w 1983, choć oczekiwaliśmy wtedy od niego trwania na posterunku.

 

Wróg publiczny nr 1


Rozpłochowskiego aresztowano w nocy z 12 na 13 grudnia, gdy wracał z Gdańska ze zjazdu krajowego. - W obozach internowania też był otoczony agenturą. Od lutego do czerwca 1982 roku powstało 35 notatek z inwigilacji złożonych przez jedenastu współpracowników SB, jego ówczesnych współtowarzyszy niedoli. Wiemy o tym z dokumentów SB przechowywanych w IPN - mówi Luty.

Pod koniec 1982 roku, gdy zwalniano ostatnich internowanych, w więzieniu pozostało 11 osób oskarżonych o "próbę obalenia siłą ustroju PRL". Wśród nich Rozpłochowski. Dzień przed Wigilią przewieziono go do aresztu śledczego w Warszawie przy ul. Rakowieckiej, gdzie osadzono m.in. Jacka Kuronia i Adama Michnika. - Dopiero w 1984 roku wyszedł na wolność na mocy amnestii. Do 1988 roku, gdy podjął decyzję o wyjeździe do USA, znajdował się pod stałą kontrolą SB - ocenia Luty.

16 grudnia 1987 Rozpłochowski po raz ostatni wziął udział w uroczystościach przy kopalni Wujek. Miesiąc później razem z żoną znaleźli się w Niemczech, skąd wylecieli do Kalifornii, gdzie chora na nowotwór Barbara została poddana kilku operacjom. Na obcym lądzie, bez znajomości języka, Rozpłochowski musiał zarabiać na życie i leczenie żony. Pracował po kilkanaście godzin na dobę. Imał się każdego zajęcia: u dilera samochodowego, nocami jako strażnik w szpitalu psychiatrycznym.


Od podszewki poznał kapitalizm, o który walczył.

- Andrzej wyjechał na krótko przed strajkami 1988 roku, w których mógł odegrać ogromną rolę. Z pewnością stanąłby na ich czele i nasza historia mogłaby się potoczyć nieco inaczej - twierdzi Chmielowska.

Rozpłochowski, mimo trudności, pokochał Amerykę. W 1993 roku cała rodzina otrzymała amerykańskie obywatelstwo. Rozpłochowski, który uzyskał możliwość głosowania, stał się zażartym zwolennikiem Republikanów. W 1998 roku odwiedził Polskę, Katowice i swoją hutę. Wsiadł nawet do swojej lokomotywy. Ówczesny wojewoda Marek Kempski uroczyście wręczył mu paszport. Myśli o powrocie, ale to nie takie proste.



Epilog

 
Z oświadczenia Andrzeja Rozpłochowskiego: "Ojciec mój od 13 lat nie żyje, więc stanął już wobec Bożego osądu. Żonie mojej zaś wybaczyłem, bo nie ma prawdziwej miłości bez przebaczenia. W sercu uznałem, że na to zasługuje po wspólnym przeżyciu niezwykle trudnych lat. A co najważniejsze, żona ma cywilną odwagę nie zaprzeczać swojej uległości wobec reżimu komunistów i żałuje tego.

W tej mierze ta prosta kobieta może być wzorem dla wielu innych, podobnie jak ona upadłych i zaplątanych ludzi z najwyższych nawet naszych świeckich i duchowych elit, którzy dzisiaj takiej uczciwości nie wykazują. Dlatego nie umiem podnieść kamienia i ukamienować jej. Próbę takiego osądu pozostawiam innym. Pod publiczny osąd oddaję również moją w tej sprawie postawę".

 

Rozpłochowskiego powrót z przeszłości - Maszynista na starych torach

 

Jak Solidarność w Polsce walnie pięścią w stół, kuranty na Kremlu zagrają Mazurka Dąbrowskiego! Andrzej Rozpłochowski, autor tych słynnych słów z lat pierwszej Solidarności, wrócił do kraju po 22 latach emigracji w USA. Czy wróci też do polityki?

 

Rozpłochowski był jednym z nielicznych internowanych działaczy Solidarności, których nie zwolniono pod koniec 1982 r. Za „próbę obalenia siłą ustroju PRL” przesiedział na Rakowieckiej do sierpnia 1984 r. Teraz obserwuje polityczną scenę. – Rozglądam się i oceniam, do kogo mi dzisiaj najbliżej – mówi. Odnawia ważne niegdyś kontakty, a z akt SB dowiaduje się, kto był dobry, a kto zły. W USA był zagorzałym republikaninem. Ale czy jego legenda, po tylu latach nieobecności, wzbudzi jeszcze w kraju emocje?

Na początek musi zmierzyć się z codziennością. Znaleźć pracę i mieszkanie. Sprowadzić żonę i resztki dobytku. Krach na amerykańskim rynku nieruchomości pochłonął w dużej mierze dorobek emigracyjnego życia. Dlatego Barbara Rozpłochowska upycha teraz w Sacramento do przesiedleńczego kontenera każdy domowy drobiazg. Wszystko może się przydać.

I jeszcze droga przez lustracyjne piekło. W Boże Narodzenie 2006 r. dopadła go wieść, że żona była tajnym współpracownikiem SB. W mroczny styczeń, 24 lata wcześniej, w więzieniu Radocha w Sosnowcu złamano Basię. Stworzono agentkę Martę. Z kolei ojciec Andrzeja, były funkcjonariusz UB, wiedział, że przed każdym spotkaniem z synem w jego domu instalowano esbecki podsłuch. Sam donosił na syna. – Basi wybaczyłem. A ojcu? – Ojciec już lata temu stanął przed sądem bożym.

Solidarność wychodziła z podziemia, kiedy Rozpłochowscy wyjechali z kraju na początku 1988 r. Ciężka choroba, na którą zapadła Barbara, w polskich realiach była nieuleczalna.

Esbecka fałszywka

O agenturalnej przeszłości żony powiadomiła Rozpłochowskiego koleżanka Jadwiga Chmielowska. Działaczka katowickiej Solidarności, a potem podziemnych struktur związku. – Uznałam, że lepiej, by usłyszał to od przyjaciół – mówi Chmielowska, która uważa, że Barbarę można było samą wysłać na leczenie w ramach międzynarodowej pomocy, jaką dostawała Solidarność. – Podejrzewam, że choroba żony była pretekstem do wywiezienia Andrzeja z kraju, bo stanowił zagrożenie dla zawiązującego się układu – twierdzi Chmielowska. – Tego, który spotkał się przy Okrągłym Stole. Andrzej zaś nigdy nie szedł na żadne kompromisy z komunistami. Tak. Rozpłochowski przyznaje, że nie usiadłby przy Okrągłym Stole i zrobiłby wszystko, aby go przewrócić. – Wiedziałem, że w kraju zaczyna się coś wielkiego, ale wówczas najważniejsze było dla mnie życie Basi.

Tamtej nocy, z 29 na 30 sierpnia 1980 r., na czele strajku w Hucie Katowice stanął nikomu nieznany trzydziestoletni maszynista lokomotyw spalinowych. Trzy lata wcześniej przyjechał tu szukać życiowej szansy. Zostawił rozbity dom rodzinny i niezbyt udane małżeństwo. Wierzył, że wszystko poskleja się jakoś w nowym miejscu. W sztandarowej inwestycji PRL wiele rzeczy było od ręki, ale on mieszkania z marszu nie dostał. Znalazł w Dąbrowie Górniczej pustostan i wymusił przydział. Sprowadził żonę i dziecko, ale to nie była sielanka.

– W sierpniu 1980 r. byliśmy z Marylą, poprzednią żoną, w separacji – wspomina. Tydzień po strajku była u niej w Inowrocławiu grupa operacyjna SB i namawiała na udzielenie w telewizji wywiadu – jaki to z niego zły mąż i ojciec. Nie zgodziła się, ale potajemnie została nagrana. – Powstał z tego paskudny anonimowy list. Pierwsza esbecka fałszywka przeciwko Rozpłochowskiemu. Rozeszli się w stanie wojennym, kiedy siedział w więzieniu.

Związkowy lider

Zanim stał się wrogiem publicznym PRL, nie zadzierał z systemem. W 1968 r. szedł do armii w podskokach. Po zasadniczej szkole samochodowej chciał zostać zawodowym podoficerem. Żeby się usamodzielnić i wyrwać z domowego piekła. – Chwalili mnie, że jestem bystry, wojsko takich potrzebuje – mówi Rozpłochowski. Ale w ludowej armii zawodowy podoficer musiał należeć do PZPR. – Zostałem kandydatem, ale ostatecznie odmówiłem. To było już po inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację. – Powiedziałem, że wstydzę się za taką armię i partię. Wtedy legitymacje kandydackie oddało jeszcze pięciu podoficerów. Dla wojska był to wypadek nadzwyczajny. Rozpłochowski trafił do aresztu.

– Aż do wybuchu Solidarności to był mój jedyny bunt przeciwko systemowi – przyznaje. Dopiero w Hucie Katowice przeczytał pierwsze nielegalne pismo – „Opinie”, wydawane przez Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela.

Kiedy Wybrzeże strajkowało, przez Hutę Katowice przeszła fala zebrań partyjnych, związkowych i zakładowych masówek. – Wiedziano, że nie boję się mówić o brudach PRL, ale to, co się tam wówczas działo, było z miejsca podejrzane – przypomina Rozpłochowski. Spisano kilka tysięcy postulatów. Komitet strajkowy rozpoczął rozmowy z dyrekcją o hutniczych problemach. – Chytry plan komunistów: podgrzać nastroje, wzniecić społeczny bunt i stanąć na jego czele – ocenia. Na jednym z wieców wykrzyczał, że to wszystko lipa, na kilometr śmierdząca partią i esbecją, bo nie chodzi o załatwienie spraw Huty Katowice, ale całego kraju.

Powstał nowy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy na czele z Rozpłochowskim. Rozmowy z dyrekcją zerwano. Zażądano przyjazdu komisji rządowej. Strajk zakończył się dopiero 11 września, po podpisaniu tzw. porozumień katowickich. Tak narodził się związkowy lider, który z dnia na dzień wzbudzał coraz większą wściekłość władz i SB.

To katowicki Międzyzakładowy Komitet Założycielski uchwalił – jako jedyny w kraju – że nie będzie podejmował żadnych rozmów ze strukturami PZPR. Partnerem dla Solidarności mogą być tylko organy państwowe. Kiedy Rozpłochowski zażądał wyprowadzenia partii z zakładów pracy i wycofania wojsk radzieckich z Polski, część działaczy Solidarności oniemiała. – Andrzej był samorodkiem politycznym, który miał jasno określony cel: żadnego socjalizmu z ludzką twarzą, ten ustrój widział tylko na śmietniku historii – mówi Chmielowska.

Kiedy w marcu 1981 r. funkcjonariusze MSW pobili trzech działaczy Solidarności, Rozpłochowski domagał się ogłoszenia strajku generalnego. Wałęsa studził nastroje: najpierw rozmowa z rządem, potem ewentualnie strajk. Kiedy w kolejnym głosowaniu przeszedł wniosek Rozpłochowskiego, Wałęsa wziął marynarkę i wyszedł. Na pożegnanie rzucił: – Dziękuję wam za wszystko! Pikanterii dodawał fakt, iż w tym czasie odbywały się manewry Układu Warszawskiego Sojuz ’81.

Rano delegaci ochłonęli i wrócono do wariantu negocjacyjnego. – Kiedy zaproponowałem uczczenie rocznicy mordu w Katyniu wstrzymaniem ruchu na minutę i biciem kościelnych dzwonów, Wałęsa nazwał mnie prowokatorem.

Murowany faworyt

Skompromitowanie Rozpłochowskiego stało się najważniejszym celem SB. Plan został dokładnie nakreślony: „organizować działania specjalne i operacyjne mające na celu wykazanie jego szkodliwej antysocjalistycznej działalności, tak, aby wyeliminować go z władz Solidarności”. Pełną parą produkowano szkalujące ulotki. Katowicki MKZ oskarżano o libacje alkoholowe, orgie seksualne i defraudację pieniędzy. Spreparowane zdjęcia pornograficzne trafiły do tysięcy działaczy Solidarności w całym kraju. I do chorej matki Rozpłochowskiego.

– Wiedzieliśmy, że polowanie trwa – mówi Chmielowska. – Byliśmy ostrożni, obowiązywał zakaz spożywania alkoholu. Co do pornografii, sprawa jasna: marny fotomontaż.

Na początku 1981 r. pięć działających na Śląsku struktur Solidarności zmierzało ku scaleniu w jeden region. – Władze wszelkimi sposobami starały się nie dopuścić, by Rozpłochowski został szefem największej struktury Solidarności w kraju – mówi Michał Luty, śląski działacz opozycyjny.

Przed regionalnym zjazdem raport katowickiej SB informuje centralę, że w ścisłym kierownictwie związku ma 7 tajnych współpracowników i 25 kontaktów operacyjnych; a w komisjach zakładowych 102 tajnych współpracowników i 95 kontaktów operacyjnych. SB relacjonuje dalej w notatce do MSW, że „w uzgodnieniu z I sekretarzem KW PZPR, tow. A. Żabińskim, podjęliśmy specjalne działania operacyjne, aby nie dopuścić do utworzenia Zarządu Regionalnego Śląska i Zagłębia na bazie MKZ Katowice”.

 

Zjazd odbył się w połowie 1981 r. Rozpłochowski, murowany faworyt, przegrał nieznacznie z mało znanym Leszkiem Waliszewskim z MKZ w Tychach. Równocześnie gruchnęła wiadomość, że Komisja Zakładowa Solidarności w Stoczni Gdańskiej poszukuje chorążego Edwarda Rozpłochowskiego, który w latach 50. prześladował w gdańskim UB stoczniowców. – Nie wiedziałem, że ojciec pracował w UB – przyznaje Rozpłochowski. – Rodzice byli skłóceni, po rozwodzie moje kontakty z ojcem były sporadyczne. Matka niewiele o nim mówiła: – Raz tylko usłyszałem, że ojciec miał złą pracę i spał z pistoletem pod poduszką.

Przeglądając dokumenty dowiedział się, że ojciec służył w UB w latach 1948–52, a potem był dla bezpieki kontaktem operacyjnym. – W tamtych latach widziałem się z nim dwa, trzy razy – wspomina. – Zjedliśmy obiad, nawet było miło, ojciec pochwalił się, że jest w Solidarności w jakiejś spółdzielni spożywców, w której pracował jako kadrowiec.

A co donosił SB? – Były to informacje o moim pierwszym małżeństwie, moich upodobaniach, cechach charakteru i różnych prywatnych sprawach... Niewiele więcej, bo o mojej działalności w Solidarności niewiele wiedział – opowiada Rozpłochowski. – Relacjonował, że nie jestem takim złym człowiekiem, jak mnie propaganda przedstawia, i wystarczy dyplomatycznie mnie podejść, a wiele można uzyskać – dodaje.

Życiowi rozbitkowie

To była Wielkanoc 1981 r. W zarządzie katowickiego MKZ pojawiła się ładna dziewczyna z koszem święconek i życzeniami dla wszystkich, a szczególnie dla przewodniczącego. – Basia spodobała mi się od pierwszego spojrzenia – przyznaje Rozpłochowski. Pracowała w spółdzielni ogrodniczej, miała za sobą nieudane małżeństwo, mieszkała z chorym synem. – Mówiła, że ma problemy z założeniem u siebie Solidarności. Szukała też u nas pomocy w sprawie mieszkania. To było dla Rozpłochowskiego spotkanie życiowych rozbitków. Wkrótce razem zamieszkali.

Czy było to spotkanie wyreżyserowane przez SB? – Nie wiem, z jej akt wynika, że zgodę na współpracę podpisała dopiero w więzieniu.

– Barbara ubierała się i zachowywała tak, jak on lubił – ocenia Chmielowska. Była dokładnie w jego typie. – Ostrzegaliśmy go, że w tym jest coś podejrzanego. Nie dał sobie nic powiedzieć, choć miał świadomość, że SB na niego poluje.

Andrzej Rozpłochowski został internowany w pierwszym dniu stanu wojennego. Barbarę zatrzymano pod koniec grudnia 1981 r. W kobiecym więzieniu w Sosnowcu siedziała do połowy lutego 1982 r. – wyszła z niego jako tajny współpracownik. – Kiedy ta wiadomość dotarła do Sacramento, Basia powiedziała mi o szantażu, że nie zobaczy schorowanego syna, o strachu i o wszystkim, co potem dla SB robiła. Pierwsza od lat spowiedź, szczera aż do bólu – wspomina Rozpłochowski.

Pod koniec 1983 r. współpraca została przerwana. W dokumentach IPN przeczytał, że z powodu nieprzydatności Marty. Że wymiguje się od działania, zasłania chorym synem, podejrzliwością otoczenia, że nie zgadza się na naciskanie narzeczonego, aby podpisał lojalkę, że w ogóle mało wie i marny z niej pożytek. – Wybaczyłem jej, bo całym późniejszym życiem naprawiała ten krok. Rozpłochowski przypomina sobie rozmowę z Basią w październiku 1984 r., tuż przed ślubem. – Na Rakowieckiej przysięgałem sobie i jej, że jak wyjdę z tego cało, to się pobierzemy. Była na każdym widzeniu.

– Z bliskich tylko ją wtedy miałem, a ona marniała mi w oczach. Podejrzewali raka. Tuż przed ślubem zobaczył w jej oczach strach. Zapytała, czy naprawdę tego chce, bo ona w więzieniu coś podpisała. Machnął na to ręką, bo myślał, że chodzi o lojalkę.

Dlaczego później nie przyznała się do współpracy? – Basia to kłębek nerwów, latami dusiła to w sobie, bała się, że mnie straci. Po wyjściu z aresztu w połowie 1984 r. Rozpłochowski zaczął współpracę z podziemnymi strukturami śląskiej Solidarności.

– Rolą Andrzeja była oficjalna działalność publiczna, bo pewne było, że jest pod lupą SB – przypomina Chmielowska. Chodził więc na msze za ojczyznę, na spotkania duszpasterskie, podpisywał solidarnościowe dokumenty, organizował rocznicowe demonstracje pod Wujkiem. – To była nasza konspiracyjna strategia, podziemie miało pozostać podziemiem.

Konspiracyjnie też i podstępnie rozwijała się choroba Barbary. Było coraz gorzej. Lekarze ostrzegali, że konieczna jest specjalistyczna operacja, której nie można przeprowadzić w kraju. – Gdybym mógł wysłać Barbarę za granicę, to nigdy nie zdecydowałbym się na emigrację – zapewnia.

Prosił o pomoc biskupów, był w Komitecie Prymasowskim. – Wszędzie ta sama odpowiedź: nie mamy takiej możliwości! Pojechał do Lecha Wałęsy. – Zjedliśmy dobry obiad, ale też bezradnie rozłożył ręce. Zapukał do ambasady USA. – Wiedzieli, kim jestem, nie było problemu z wyjazdem. Zabrali dziesięcioletniego Mateusza, syna Barbary. – Wykształciliśmy go, ma swoją firmę, świetnie sobie radzi – Rozpłochowski chwali syna.

W grudniu 1987 r. paszporty wręczał mu funkcjonariusz SB. – Panie Andrzeju, niech pan zostanie, jakoś się dogadamy, bo my się już wszyscy tutaj dogadujemy.

16 grudnia był ostatni raz pod Wujkiem. Wciągnięty do milicyjnej Nyski, dostał kilka razy pałką, ale bicie przerwał jakiś cywil: – Niech pan wysiada i spokojnej drogi! – usłyszał.

Odnaleźć się na nowo

Opuścili Polskę 1 stycznia 1988 r. Barbara przeszła w USA kilka skomplikowanych operacji, ale nigdy nie odzyskała pełni zdrowia. Nie mogli mieć dzieci. Lider śląskiej Solidarności handlował autami, rozwoził pizzę, wieczorami był strażnikiem w zakładzie psychiatrycznym. – Robiłem wszystko, aby zarobić parę dolarów.

Nocami pisał do polonijnych gazet (krytykował Okrągły Stół i grubą kreskę Mazowieckiego). – Z tego udało nam się uzbierać na własny biznes, małą kwiaciarnię, przez lata bardzo modną w Sacramento. Sam gubernator Schwarzenegger zamawiał u nich kwiaty. – Bo Basia komponowała tak piękne bukiety, że konkurowała z najlepszymi w Kalifornii.

Kryzys zabrał im kwiaciarnię i dom. Pani Barbara zaczęła pracować w sklepie, a on w firmie spedycyjnej DHL. W 2009 r. znalazł się na bruku wraz z 10 tys. innych pracowników, bez centa odszkodowania. Tak więc od podszewki poznał kapitalizm, o który w kraju tak zawzięcie walczył. Teraz będzie musiał się odnaleźć w jego polskiej wersji.


Jan Dziadul

 

 

Bajka o emigrantach

04/2005 - Tadeusz Witkowski 2006-01-09

Między martyrologią a baśnią

Dzieje "Solidarności" mają w sobie coś, co jeszcze nie tak dawno mogłoby stanowić doskonałą pożywkę dla literatury moralistycznej różnych odmian i gatunków. Gdy przychodzi relacjonować je pod kątem indywidualnych doświadczeń uczestników ruchu związkowego, natychmiast pojawia się problem wyboru między dobrem a złem.

Koleje losów ludzi, tworzących podwaliny tego ruchu i następnie uczestniczących w nim, z powodzeniem wystarczyłyby za temat dziewiętnastowiecznej powieści edukacyjnej, czy też klasycystycznej parenetyki (porównanie do średniowiecznego apokryfu, bądź biblijnej przypowieści byłoby może lekką przesadą). No bo jakże nie uznać takich postaci za wzór godny naśladowania, skoro ich działalność okazała się początkiem końca systemu komunistycznego w Europie Wschodniej. Po dwudziestu pięciu latach, jakie upłynęły od czasu strajków sierpniowych 1980 roku, wszystkie liczące się w wolnym świecie siły polityczne zgodnie przyznają, że właśnie owe strajki i wywalczone wówczas prawa otworzyły drogę do wolności w tamtym rejonie.

O zasługach środowisk "Solidarności" mówią dziś z uznaniem nie tylko bierni obserwatorzy ówczesnej sceny politycznej, ale także ludzie związani z komunistycznym systemem opresji. (Co ciekawsze, niektórzy zdają się zapominać o tym, co robili przed podpisaniem porozumień sierpniowych i bez zażenowania zaczynają grać rolę współtwórców zbiorowego sukcesu — dzisiejszej demokracji.) Dla Polaków, mieszkających za granicą, dorobek "Solidarności" zawsze stanowił przedmiot dumy, stąd też, jeśli ktoś należy do pokolenia związkowców, dobrze jest mieć w swojej biografii coś, co świadczy choćby o skromnym udziale w ruchu. Gdy przychodzi jednak do odpowiedzi na pytanie: „dlaczego wyjechałeś?”, pojawiają się problemy. Zbiorowe dzieje emigrantów, związanych z "Solidarnością", układają się bowiem nie tyle w opowieść hagiograficzną, czy też w bliższe nam w czasie Księgi Pielgrzymstwa polskiego, ile w baśń (nie zawsze, co prawda, posiadającą typowe, baśniowe zakończenie).

W 1928 roku rosyjski uczony, Władimir Propp, ogłosił pracę zatytułowaną "Morfołogia skazki". Opisał w niej sposoby konstruowania fabuły w ludowych opowieściach. Za jedną z morfologicznych cech tego gatunku uznał schematyczny układ zdarzeń w proste, powtarzające się sekwencje. Wyobraźmy sobie jeden z możliwych wariantów. Ktoś działa na szkodę bohatera. Ten zdobywa magiczny środek, który go chroni przed wrogiem, ale środek ów zostaje mu podstępem wydarty. Konsekwencją tego są ponowne tarapaty, trafia się jednak jakiś dobroczyńca, który pokrzywdzonemu oferuje pomoc. Dzięki tej pomocy przeniesiony zostaje (na skrzydłach ognistego ptaka, czy stalowego smoka) w inne miejsce, gdzie po wykonaniu szeregu trudnych zadań zostaje ostatecznie ocalony. (W tej sytuacji wypadałoby już tylko powrócić w rodzinne strony i wymierzyć przeciwnikowi stosowną karę.)

Prawdziwa historia toczy się jednak poza baśniowymi schematami.

Historyk nie ufa konfabulacjom. Dokumentalista nie może ograniczyć się do przywołania obiegowej, gazetowej wiedzy o "Solidarności". Zanim zabierze się do pracy, powinien zajrzeć do archiwów Instytutu Pamięci Narodowej; w przeciwnym razie szybko stanie się ofiarą mistyfikacji. Może oczywiście przyjąć w punkcie wyjścia jakiś konwencjonalny sposób widzenia i przedstawiania historii, nie wolno mu jednak ograniczyć się do gry z konwencją, jeśli rzeczywiście przyświeca mu cel poznawczy.

We wrześniu 2005 Telewizja Polonia wyemitowała film produkcji Studia Filmowo-Telewizyjnego TV Partner i Log In Production, poświęcony emigracji lat osiemdziesiątych. Zrealizowali go dwaj dokumentaliści, Krzysztof Piotrowski z Polski i Sławomir Grünberg ze Stanów Zjednoczonych. Film nosi tytuł „Wygnańcy - nieznani bohaterowie Solidarności" i jest zadedykowany „wszystkim, którzy musieli opuścić Polskę”.

Adresatami są zarówno widzowie polscy, jak i amerykańscy (u dołu ekranu pojawiają się angielskojęzyczne napisy z tłumaczeniem wypowiedzi każdej postaci). Jest to w sumie dość obszerna (trzygodzinna), podzielona na trzy części praca, przedstawiająca losy piętnastu osób, które w Polsce były w jakiś sposób związane z "Solidarnością", po czym z różnych powodów wyjechały do Stanów Zjednoczonych i tu się osiedliły.* Dwie pierwsze części opowiadają o działalności tych osób w okresie, gdy rodziła się "Solidarność" i podczas stanu wojennego, część trzecia - o ich przygodach za oceanem.

Właściwie to bardziej wypadałoby mówić w tym wypadku o losie zbiorowym pewnej grupy ludzi, niż o losach indywidualnych, z tego względu, iż różnice, dzielące „bohaterów”, zostały maksymalnie zredukowane. Opowiedziana historia sklejona jest z fragmentów indywidualnych narracji, dobranych według gotowego klucza. Przepleciono je archiwalnymi zdjęciami z filmów dokumentalnych i urywkami znanych pieśni z tamtego okresu. Przy takiej metodzie można w sposób dowolny manipulować opowieścią i przekazać to, co chce powiedzieć reżyser, nie to, o co rzeczywiście chodzi bohaterom-narratorom. Jeśli fakty nie potwierdzają z góry założonej koncepcji, tym gorzej dla faktów.

Więcej ich dzieli niż łączy

Jedna z wykorzystanych jako tło muzyczne piosenek autorstwa Macieja Pietrzyka: „Nie zapomnijcie tamtych dni”, zawiera słowa: „więcej nas łączy, niżby mogło nas podzielić”. Z całą pewnością nadają się one na motto niektórych fragmentów opowieści. Widz amerykański może jednak w oparciu o nie wyrobić sobie całkowicie fałszywy pogląd na historię Polski minionego ćwierćwiecza.

Jest prawdą, że w "Solidarności" znaleźli się ludzie z różnych środowisk: robotnicy i inteligencja, socjaliści i nacjonaliści, Polacy i przedstawiciele innych narodowości, zamieszkujących terytorium Polski, wyznawcy katolicyzmu, protestanci i Żydzi. Prawdą jest jednak również, że do liczącego dziesięć milionów członków związku garnęli się oportuniści różnej maści, że przenikali doń karierowicze, agenci służb specjalnych i zwyczajni prowokatorzy. Właśnie w imię tejże prawdy należało dokładnie poinformować widza, kim byli bohaterowie filmu, zanim znaleźli się w "Solidarności" i jaką reprezentowali postawę polityczną.

Spośród piętnastu osób, pojawiających się na ekranie, tylko jedna trzecia mogłaby się prawdopodobnie pochwalić przynależnością do opozycji antykomunistycznej przed rokiem 1980. Z całą pewnością znaleźliby się w tej grupie współzałożyciel Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela — Andrzej Czuma, współpracownik Niezależnej Oficyny Wydawniczej — Paweł Bąkowski, współpracownik „Biuletynu Dolnośląskiego” — Andrzej Myc i członkowie Ruchu Młodej Polski — Ewa i Piotr Dykowie. Większość bohaterów zetknęła się jednak z zorganizowanym ruchem antykomunistycznym dopiero podczas strajków, bądź po strajkach sierpniowych, a niektórzy pracowali wcześniej w instytucjach, gdzie trzeba było wykazać się pełną lojalnością wobec komunistycznej władzy.

W "Solidarności" znalazło się wielu członków PZPR, którzy pozostali do końca lojalnymi uczestnikami ruchu związkowego.

Co innego znaczyło jednak być partyjnym robotnikiem w zakładach produkcyjnych, co innego zaś - łączyć tę funkcję z posadą redaktora sponsorowanego przez państwo pisma, dyrektora teatru, czy też dziennikarza telewizyjnego. Od osób zatrudnionych na tych posadach wymagano czegoś więcej niż lojalności.

Czy nie było w tym środowisku autentycznych nawróceń?
Prawdopodobnie były i należało o tym powiedzieć, film wstydliwie jednak te sprawy przemilcza, pozostawiając ich ocenę przenikliwości widza. Któż jednak poza uczestnikami tamtych wydarzeń potrafi po dwudziestu pięciu latach zrozumieć wszystkie niuanse, skoro nie rozumieją ich nawet tłumacze opowieści na angielski?

Paweł Bąkowski napomyka w pewnym momencie o pieniądzach, zebranych za granicą i przesłanych do NOW-ej, tzn. do Niezależnej Oficyny Wydawniczej. W tłumaczeniu na angielski zamiast NOW-ej pojawia się miasto Nowa Huta. To tylko niewinna pomyłka z kategorii anegdot, ale jest też potknięcie dyskredytujące producentów: tłumaczenie odwracające o 180 stopni sens wypowiedzi i intencje mówiącego.

„Powstanie Solidarności kojarzy mi się ze zwieńczeniem długiej pracy nielicznych ludzi w Polsce na rzecz wolności” — mówi na początku pierwszej części filmu Andrzej Czuma. Przekładając na angielski „nielicznych”, ktoś sięgnął jednak po słowo „countless”, znaczące „niezliczonych”, a więc coś dokładnie odwrotnego. Trudno mi uwierzyć, że jest to świadome przekłamanie. Myślę, że tłumacz (najwidoczniej bardzo słabo znający historię Polski) zasugerował się treścią filmowego przekazu, a ta niosła ze sobą wizję masowego ruchu, który nagle wybucha, nikt jednak nie próbuje zrozumieć, kto do tego wybuchu doprowadził. Gdyby autorzy filmu zechcieli drążyć głębiej i skupili się na prezentacji poszczególnych biografii, pomysł niezliczonych zastępów działaczy niepodległościowych mógłby, co najwyżej, pełnić funkcje sarkastycznego żartu.

Zestawmy pod tym kątem dwa przykłady indywidualnych biografii. Andrzeja Czumę i Macieja Wierzyńskiego łączy wykonywany zawód. Obaj byli przed sierpniem 1980 roku dziennikarzami.

Pierwszy od roku 1965 działał w konspiracyjnej organizacji niepodległościowej „Ruch” (nazwa nadana ex post przez SB), za co został skazany na siedem lat więzienia. W 1977 roku założył Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) i został jego rzecznikiem oraz redaktorem wydawanego w podziemiu pisma „Opinia”. To właśnie ROPCiO zainspirował powstanie (na Śląsku w lutym 1978) pierwszych w Polsce, brutalnie zwalczanych przez władze komunistyczne Wolnych Związków Zawodowych.

Drugi przez wiele lat pracował w oficjalnych środkach przekazu. W okresie bezpośrednio poprzedzającym powstanie "Solidarności" pełnił funkcje zastępcy redaktora naczelnego tygodnika „Kultura”, faktycznie - kierującego pismem. Jako redaktor na tak ważnym stanowisku był odpowiedzialny nie tylko za publikowane materiały, lecz w dużym zakresie i za politykę kadrową, a więc za zatrudnianie w redakcji osób prawomyślnych i usuwanie ludzi takich jak Czuma właśnie (jesienią 1979 roku miał np. miejsce fakt zwolnienia z pracy w redakcji „Kultury” związanego z opozycją antykomunistyczną Marka Zielińskiego, za co nasz bohater z całą pewnością ponosił współodpowiedzialność).

Przepaść dzieli również obu dziennikarzy, gdy porównuje się ich zasługi z czasów "Solidarności" i represje, które spadają na nich podczas stanu wojennego.

Czuma kontynuuje współpracę ROPCiO z Wolnymi Związkami Zawodowymi na Śląsku i zostaje doradcą regionu śląsko-dąbrowskiego "Solidarności". Po wprowadzeniu przez komunistów stanu wojennego jest przez rok internowany.

Wierzyński po sierpniu 1980 przechodzi do pracy w telewizji. „Zaczęliśmy próbować robić rzeczy, które można było w tamtym momencie robić” — wyznaje. „Te rzeczy, które wydają się dzisiaj zupełnie komiczne, te malutkie kroczki, które myśmy usiłowali wtedy robić, by poszerzyć granice swobody, a poza tym, żeby ograniczyć wpływ tej fikcji i tego kłamstwa — bo jednym z elementów tej fikcji […] było to, że przecież cenzura nie istnieje”. Red. Wierzyński ma tutaj z całą pewnością rację. Zestawienie z działalnością twórców ruchu opozycyjnego, przywódców strajków, czy choćby dziennikarzy prasy niezależnej wypada komicznie.

Po ogłoszeniu stanu wojennego telewizja zostaje jednak zmilitaryzowana i pracę w niej mogą kontynuować tylko ci, co przeszli wcześniej odpowiednie przeszkolenie wojskowe. Tak więc bohater traci pracę w państwowych mediach i zaczyna jeździć taksówką oraz współpracować (o tym już film nie wspomina) z przebywającymi w Polsce korespondentami prasy amerykańskiej. Logicznym następstwem tej współpracy jest wyjazd w 1984 roku na stypendium Uniwersytetu Stanford do Palo Alto w Kalifornii (na ten temat też widz nie znajdzie ani słowa; dowie się natomiast, że bohater wyemigrował w roku 1986 i jeździł w Chicago taksówką). I żeby oddać bohaterowi sprawiedliwość: rola, którą przychodzi Maciejowi Wierzyńskiemu odegrać przed kamerami, wyraźnie mu nie leży. W jego głosie daje się wyczuć ton zakłopotania. Doskonale go rozumiem.

„Nie używać słowa: wygnanie

Na banicję nikogo jednak nie skazano

Pod takim tytułem Stanisław Barańczak napisał przed laty wiersz o emigrantach stanu wojennego. Był to utwór pełen gorzkiej ironii, bo w końcu pozostaje faktem bezspornym, że znaczna liczba osób, które opuściły wówczas Polskę, poddana była represjom i szykanom. W latach siedemdziesiątych ludzi, związanych z opozycją, nie chciano z kraju wypuszczać. Po 13. grudnia 1981 roku, gdy szeregi radykalnych przeciwników komunizmu powiększyły swoją liczebność, starano się je różnymi sposobami uszczuplić (m.in. przez ułatwianie wyjazdów z kraju na stałe).

Na banicję nikogo jednak nie skazano, a jeśli nawet zdarzały się przypadki wywierania presji na bardziej znanych działaczy związkowych, to przecież (niech mi wolno będzie przypomnieć słowa Mickiewicza) „wygnańcem jest człowiek wygnany wyrokiem urzędu, a Polaka nie wygnał urząd jego”. Władza w PRL-u była tak czy owak sprawowana z moskiewskiego nadania.

Dlaczego osoby zaangażowane w ruch związkowy, a czasami pełniące funkcje przywódcze opuszczały kraj?

Powodem - w moim rozumieniu - najczęstszym były troska o przyszłość najbliższej rodziny i niemożność kontynuowania pracy we własnym zawodzie i środowisku. W przypadku bardziej radykalnych antykomunistów, mieszkających w ośrodkach prowincjonalnych, czynnikami, wpływającymi na decyzję o emigracji, mogły być również brak wspólnego języka z otoczeniem, nieufność i zwykłe poczucie osamotnienia.

Opowiadając o spotkaniach z ukrywającym się mężem, Ewa Dyk napomyka mimochodem o agentach służby bezpieczeństwa, których było pełno. Ma w tym wypadku stuprocentową rację, gdyż środowisko Ruchu Młodej Polski, należało do najbardziej zinfiltrowanych (tajnym współpracownikiem SB była m.in. Matylda Sobieska, narzeczona przywódcy RMP, Aleksandra Halla). To także wystarczający powód, żeby chcieć wyrwać się z miejsca osaczenia.

Trzeba powiedzieć jednak wyraźnie. Nikt nikogo do wyjazdu nie zmuszał. Andrzej Krajewski przeprowadził w końcu lat osiemdziesiątych szereg wywiadów z mieszkającymi w Stanach Zjednoczonych byłymi działaczami "Solidarności", z których absolutna większość przeszła przez więzienia i była poddawana przeróżnym represjom. Jeden z nich, Karol Błaszczyk, wypowiedział znamienne zdanie:

"Wraz z wyjazdem my sami dokonaliśmy wyboru. Nikt nas nie wyrzucał, zostawiliśmy przyjaciół, kolegów, wyjechaliśmy komfortowo na wózku, który nam podstawił pan Jaruzelski. I nie ma co opowiadać, że alternatywą było więzienie, bo to jest mówienie, że gdybym nie wyjechał, to byłbym Frasyniukiem. Ale my wyjechaliśmy — i tylko to się liczy."

 

Spośród piętnastki bohaterów filmu „Wygnańcy...” najcięższe represje dotknęły działaczy "Solidarności" ze środowisk robotniczych i funkcjonariuszy związkowych. O „wyrzuceniu z Polski” najgłośniej mówi jednak profesor i dyrektor teatru, Kazimierz Braun, który w roku 1982, a więc wtedy, gdy najbardziej niebezpieczni dla władz przeciwnicy systemu komunistycznego przetrzymywani byli w więzieniach, wykładał gościnnie w kilku uniwersytetach amerykańskich (o tym film milczy). To prawda, że w roku 1984 prof. Braun stracił pracę w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, a w rok później w dwu polskich uczelniach, ale przecież spotkało go w końcu tylko to, czego ludzie, związani z opozycją antykomunistyczną, doświadczali przez długie lata.

Za nieporozumienie trzeba uznać również opowiadanie Piotra Dyka o niemożności powrotu do Polski. Kilka osób z bohaterskiej piętnastki otrzymało paszporty (służbowe bądź turystyczne), uprawniające do wielokrotnego przekraczania granicy. Jedna (Elżbieta Ślósarska) wyjechała przed stanem wojennym, a więc represje w ogóle nie mogły jej dotknąć. Tym, którzy zadeklarowali chęć wyjazdu na stałe, przy dacie ważności paszportu wbijano pieczątkę: „z prawem jednokrotnego przekroczenia granicy polskiej” i uzupełniano to wpisem: „Po przybyciu do kraju docelowego paszport ten w terminie jego ważności należy wymienić na paszport konsularny”. Z tego, co mi wiadomo, jedyną z rzeczonego grona osobą, którą przy wyjeździe pozbawiono polskiego obywatelstwa (na mocy skandalicznych przepisów stosowanych wobec emigrantów żydowskich po roku 1968), ale która też nie musiała opuszczać Polski, była tłumaczka Komisji Krajowej "Solidarności", Katarzyna Kietlińska.

Opierając się na zgromadzonym materiale, można było zrobić całkiem dobry film dokumentalny, gdyby realizatorzy zrezygnowali z kreowania solidarnościowych wydmuszek, skupili się na pokazaniu złożoności problemu, jakim była emigracja lat osiemdziesiątych i użyli w tytule bardziej neutralnych słów (np. słowa „wychodźcy”, którego zastosowanie ma całkiem bogatą tradycję). Zamiast tego wyszedł obraz emigracji pełen półprawd, niedomówień i uproszczeń. Co prawda, tytułowe słowo „wygnańcy” opatrzone zostało cudzysłowem, nie sądzę jednak, by widz zorientowany w najnowszych dziejach Polski przyjął to za znak czystych intencji realizatorów filmu.

Kryteria doboru respondentów — bo opowieści powstają w gruncie rzeczy z odpowiedzi na zadane pytania — nie są dla mnie do końca jasne (w Stanach Zjednoczonych osiedliło się w końcu wielu wychodźców, których związki z "Solidarnością" i z opozycją antykomunistyczną nie dają się zakwestionować).** Oczywiste pozostaje tylko to, że brak wyraźnych dystynkcji, mieszanie zasług prawdziwych z wątpliwymi, przymusu z wolnym wyborem, poważnej opresji ze zwykłą dokuczliwością życia w doczesnym świecie przynosi efekt dwustronny: ktoś zyskuje na wiarygodności, ktoś inny traci.

Emigracja solidarnościowa jest pierwszą po II wojnie światowej wielką falą wychodźstwa, które nie zerwało z krajem, lecz przeciwnie, usiłowało aktywnie wspierać przyjaciół pozostających w opresji. Emigranci z pokolenia żołnierzy, walczących na frontach wojny, uważali powroty do kraju, rządzonego przez komunistów, za zdradę sprawy polskiej. W latach osiemdziesiątych sytuacja się odwróciła. To wyjazd z kraju stawał się czymś podejrzanym (szczególnie, gdy ktoś pełnił funkcje związkowe powierzone mu przez wyborców). Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że to, co wyróżnia autentycznych działaczy "Solidarności" spośród innych emigrantów, to właśnie poczucie winy spowodowane wyjazdem.

Ukojenie przychodzi niekiedy z sukcesem, ale sukces to pojęcie względne: dla jednych jest nim własny biznes lub własny dom, dla innych dochowanie wierności wyznawanym ideałom. W trzeciej części filmu, najmniej kontrowersyjnej, ale najbardziej nudnej, bohaterowie opowiadają zarówno o swoim przywiązaniu do kraju, jak i o sukcesach w pracy za oceanem. Ich opowieściom nie wtórują już jednak solidarnościowe protest-songi, lecz mdła muzyka Gershwina; z rzeczywistego dramatu, jaki niektórzy przeszli, zostało niewiele.

Cena emigracji, czy owoc filmowej koncepcji emigracyjnego losu?
Raczej to drugie, gdyż sielankowo-baśniowe zakończenie można by zastąpić czymś bardziej przekonującym. Tyle, że część ról należałoby wówczas obsadzić innymi aktorami.

* W rolach bohaterów Solidarności występują Paweł Bąkowski, Kazimierz Braun, Andrzej Czuma, Andrzej Dolata, Ewa Dyk, Piotr Dyk, Julita Karkowska, Katarzyna Kietlińska, Wojciech Lasocki, Andrzej Myc, Andrzej Rozpłochowski, Bolko Skowron, Wiktor Szostało, Elżbieta Ślósarska i Maciej Wierzyński.

**Podczas dyskusji po projekcji filmu „Wygnańcy…" w Ann Arbor (13 XI 2005) zapytałem Sławomira Grünberga o kryteria wyboru bohaterów. Z odpowiedzi wynikało, że zadecydowały kontakty rodzinne i towarzyskie. Na pytanie, czy wiedział, że przed rokiem 1980 niektórzy z nich piastowali ważne stanowiska w komunistycznych środkach przekazu, realizator filmu odpowiedział, iż jest to dla niego fakt bez znaczenia, jako że nie było wówczas innych mediów niż komunistyczne, a każdy musiał gdzieś pracować. Pozostawiam tę wypowiedź bez komentarza.

Od red.:
Tadeusz Witkowski — doktor slawistyki, redaktor rocznika akademickiego „Periphery: Journal of Polish Affairs”, krytyk literacki i publicysta — był internowany w czasie stanu wojennego. W 1983 roku wyemigrował z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Mieszka w Ann Arbor, Michigan.

 

Schowani  za imunitetem.....

Juz moja druga sprawa przepadła w sądach RP. Pierwszą była sprawa zastosowania wobec mnie tzw. "ścieżki zdrowia" w więzieniu wrocławskim przy ul.Kleczkowskiej a drugą postawienie przed oblicze Temidy sędziego, który w trybie dorażnym skazał mnie na 4 lata więzienia.... oto ostatni list jaki otrzymałem w tej sprawie ze szczecińskiego IPN-u.

 

Emigracja niepodległościowa 1981-1989

Po II Wojnie Światowej nastąpił podział Polonii na dwie grupy.
Polityczną i ekonomiczną. Emigracja ekonomiczna nie była zapleczem świadomej akcji niepodległościowej na Zachodzie. Uchodźcy polityczni tworzyli odrębną grupę. Odrzucali komunizm i tworzyli organizacje niepodległościowe.

W następstwie odrzucenia porządku jałtańskiego, powstała struktura tych organizacji i instytucji. Z jednej strony kontynuowało działalność państwo polskie, które znalazło się na wygnaniu i jego władze nie mogły wrócić do Polski, ale także partie polityczne i różne stowarzyszenia. Z drugiej strony zaczęły powstawać nowe organizacje, również negujące porządek jałtański.

W USA powstaje Kongres Polonii Amerykańskiej, w Europie partia emigrantów polskich NiD (Niepodległość i Demokracja) i wkrótce, bardzo wpływowy miesięcznik polityczny "Kultura", no i Instytut Literacki Jerzego Giedroycia.

Po 13 grudnia 1981r powstaje ogromna ilość organizacji i stowarzyszeń pro-"Solidarnościowych", działających pod auspicjami Biura "Solidarności" w Brukseli (Milewski), a w ramach CSSO (Conference of Solidarity Support Organisations), którą to organizację chciał kontrolować i podporządkować grupie Wałęsy i Brukseli. CSSO była organizacją międzynarodową, która nie uległa ich naciskom. Organizacją, która również zachowała status niezależny była "Solidarity with Solidarity" z W. Brytanii, a kierował nią T. Jarski.

A jaki był stosunek do spraw krajowych? Zainteresowanie sytuacją w Polsce nie nie oznaczało postaw pozytywnych z punktu widzenia ugrupowań niepodległościowych. W kręgach większości polskich instytucji emigracyjnych panowało przekonanie, że program niepodległościowy jest tiagle mało realny i postulat wyzwolenia kraju należy przesunąć w nieokreśloną przyszłość.

Tu najgłębszą ewolucję przeszedł Kongres Polonii Amerykańskiej, który za sprawą jednego z dyrektorów, przeciwnika krajowych i emigracyjnych ugrupowań niepodległościowych, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, opowiedział się za ugodową linią L. Wałęsy oraz jego doradców, Geremka i Kuronia. W następstwie KPA odmówiła wsparcia zabiegów działaczy niepodległościowych o amerykańską pomoc materialną.

Stała się też rzecz bez precedensu. Na zaproszenie rządu PRL, przekazane przez J. Urbana i z namowy Jana Nowaka-Jeziorańskiego, przybył do Polski wybitny działacz KPA Bolesław Wierzbiański, wydawca gazety polskiej, codziennej w USA, "Nowy Dziennik". Reprezentował on oficjalnie KPA przy okrągłym stole.

Niejasną postawę postawą zajmuje też Rząd RP na Uchodźstwie. Mimo niepodległościowych deklaracji, ośrodek ten wspierał swymi wpływami i środkami głównie ugrupowania ugodowe. Był to okres, gdy wspierał wyłącznie KOR, programowo odrzucający uznanie ośrodka legalistycznego. Brak było w Londynie entuzjazmu i poparcia dla ugrupowań niepodległościowych uznających legalizm państwowy.

Ruch niepodległościowy, w sposób zdecydowany, popierała mniejszość organizacji emigracyjnych, były to prawie bez wyjątku środowiska najnowszej emigracji. W USA takimi organizacjami były American for Independent Poland i Ruch Polaków Konserwatywnych "Pomost". W Kanadzie, Polish Canadian Action Group oraz środowiska "solidarnościowe" w Montrealu, Ottawie, Vancouver. W Europie Solidarity with Solidarity (Londyn), Towarzystwo "Solidarność" (Berlin), Delegatura "S" (Zurych). Orientację niepodległościową wybrało też najpoważniejsze pismo emigracyjne "Kultura".

Emigracja Polska dysponowała stosunkowo dużą ilością gazet i wydawnictw drukujących po polsku. Jednak brak w nich było zorganizowanej i celowej działalności propagującej programy ugrupowań niepodległościowych.

Na ogół, cała polska prasa na Zachodzie podawała wszystko, co docierało z Polski, ze źródeł pozarządowych. A ze względu na to, że jawną i popieraną przez Zachód działalność ugodową łatwiej było w PRL prezentować, niż poglądy antykomunistyczne i wrogie PRL, więc i prasa emigracyjna ogłaszała głównie informacje i poglądy kół ugodowych.

Jeszcze gorzej wyglądała prezentacja poglądów niepodległościowych w polskich wydawnictwach obcojęzycznych. Tam prawie wyłącznie były prezentowane poglądy ugodowe.

Natomiast oddzielnym problemem była polityka informacyjna rozgłośni nadających po polsku. Głównie RWE i BBC, też "Głos Ameryki" i inne. Decydującą rolę odgrywało RWE. Kierownictwo tego radia było wrogo nastawione do ugrupowań niepodległościowych. Są one prezentowane jako grupy małe, skrajne i bez znaczenia. Stanowisko antykomunistyczne i wrogie PZPR było w RWE wyciszane.

Za wpływowe i wiarygodne przedstawiano poglądy i działania grup ugodowych, zwłaszcza dysydentów z PZPR (tak ich nazywano) i intelektualistów lewicowych. Linia ta wcale nie była pochodną polityki USA. Kierownictwo RWE miało dużą swobodę w kształtowaniu linii programowej radia. Nie ulega wątpliwości, że o polityce informacyjnej RWE decydowały sympatie, znajomości i poglądy dyrektora Latyńskiego i red. Grabowskiej.

Mimo znacznej liczebności Polaków, ich wpływ na politykę krajów osiedlenia był stosunkowo mały. Polska grupa wpływająca na postawy polityczne emigrantów po II Wojnie Światowej obraziła się na Zachód i zajęła pozycje izolacjonistyczne, tworząc polskie getto. Zwłaszcza w Londynie.

Emigracja "solidarnościowa" była obciążona kompleksem dezertera. Większość z tych emigrantów uważała, że opuściła pole walki w kraju i z tego zrodziła się swoista postawa służalcza wobec tych, co w kraju zostali. Emigranci ci oczekiwali wskazówek, programów działania i deklarowali pomoc wszystkim, a w praktyce, ta pomoc trafiała do grup ugodowych. To one na Zachodzie były nagłaśniane i miały dobrze rozbudowaną sieć pomocników w skupiskach emigracyjnych.

Ale były i pozytywne zjawiska w życiu emigracji. Pojawiły się grupy polskie, widzące potrzebę łączenia spraw polskich z polityka krajów osiedlenia. Ludzie ci wykorzystywali swoją pozycję dla wprowadzenia spraw polskich do polityki tych państw. Mieli poczucie własnej wartości, wartości Polski i jej kultury i nie mieli kompleksu biednego emigranta, zginającego kark przed każdym przedstawicielem władzy.

Co więcej zdawali sobie sprawę, że odzyskanie niepodległości przez Polskę umocni ich pozycję w kraju osiedlenia. Prekursorem takiej postawy była organizacja "Pomost" w USA. Członkowie "Pomostu" brali czynny udział w życiu politycznym Ameryki, a sama organizacja zyskała większy wpływ na politykę USA.

Niestety, w okresie 1986-89 wewnątrz "Pomostu" doszło do poważnych rozdźwięków na tle personalnym. Konflikt został przezwyciężony, ale "Pomost" nie odzyskał dawnej pozycji. (SB-cja pracowała)

Dobrze działała organizacja Americans for Independent Poland. Była to organizacja świadomych Amerykanów, która zakładała, że w interesie USA leży wolna Polska. AFIP nie była czymś konkurencyjnym wobec KPA (o co podejrzewano "Pomost") i nie prowadziła zbiórek pieniędzy. Jedynie poprzez akcje nacisków, tworzyła sprzyjające fakty ze strony USA na rzecz polskich działań niepodległościowych.

Na terenie Kanady sojusznikiem ruchów niepodległościowych była organizacja Polish Canadian Action Group -- Stowarzyszenie Solidarność i Niepodległość. Działanie podobne do "Pomostu", jednak w przeciwieństwie do USA, zdołano uniknąć sporów wewnętrznych i konfliktu z Kongresem Polonii Kanadyjskiej --- prezes PCAG był szefem komisji spraw krajowych KPK.

Pozytywnie należy ocenić działalność takich organizacji, jak brytyjskiej Solidarity with Solidarity i berlińskiego Towarzystwa Solidarność. Gorzej wyglądało to na terenie Szwecji, gdzie nastąpił rozłam w organizacjach emigracyjnych. Na terenie RFN i we Francji nie było znaczącej organizacji polskiej.

Pozytywnym objawem były przedstawicielstwa organizacji krajowych na terenie wolnego świata. Takimi przedstawicielami dysponowała "Solidarność Walcząca" ,KPN, PPN. Przedstawicielstwa te miały wpływ na kilka gazet emigracyjnych i na poszczególne organizacje polonijne i emigracyjne. "Solidarność Walcząca", poprzez swoich przedstawicieli, starała się o jednoznaczne stanowisko, potępiające tych polityków i organizacje, które wspierały linię ugody i współpracę z komunistami w Polsce.

 

Jerzy  Jankowski


Autor o sobie: Od 1.września 1980r działam w Komitecie Założycielskim NSZZ Solidarność we Wrocławiu i na terenie Dolnego Śląsk. Od stycznia 1981r w Biurze Interwencji. W 1982 z ramienia Prez. Międzyzakładowego Komitetu NSZZ Solidarność Dol. Śląska uczestniczę w rozmowach z delegacja rządową w czasie strajku kolejarzy (głodówka). Aresztowany. Zmuszony do wyjazdu.

Pod koniec 1983r organizuje pierwsze przedstawicielstwo Solidarności Walczącej w Skandynawii. Członek Solidaritet Norge - Polen. Czł. Międzynarodówki Antykomunistycznej w USA. Członek N i D (Niepodległość i Demokracja) w Londynie. Stały przedstawiciel w Międzynarodowych Konferencjach (CSSO).

----------------------------------------------------------------------

Osobiście należałem do RSP POMOST jak i do AFIP-u. W pierwszej organizacji byłem koordynatorem stanowym a w drugiej w Radzie Dyrektorów.

Stefan Buchholz

 

Ostatnia aktualizacja: Stefan Buchholz, 14.12.2011