mixxt

Sign up here for free!

Welcome to mixxt!

Warto przeczytać - przedruki

Warto przeczytać - przedruki

Izrael wyśledzi “zrabowany majątek”

 Aktualizacja: 2011-05-2 2:19 pm

W Izraelu powstała specjalna komisja, która będzie szukała majątków przejętych po żydach przez państwa europejskie. Grupa Zadaniowa ds. Restytucji Majątku z Okresu Holokaustu (HEART) ma poparcie premiera Benjamina Netanjahu.

Powstanie inicjatywy ogłoszono podczas trwających od niedzieli obchodów Dnia Pamięci o Holokauście, które upamiętniają śmierć sześciu milionów Żydów zamordowanych podczas Zagłady.

HEART będzie odnajdywała mienie odebrane żydom przez różne państwa europejskie podczas Holokaustu. Ma również pomagać w jego restytucji. Do powstania HEART przyczyniła się Agencja Żydowska na rzecz Izraela.

Komisja to pierwsza od kilkudziesięciu lat oficjalna inicjatywa Izraela w sprawie zwrotu żydowskiego mienia zawłaszczonego przez nazistów. – Większość państw Europy Wschodniej nie zwróciła jeszcze mienia i praw zagrabionych Żydom podczas Holokaustu – powiedziała Leah Ness, przedstawicielka rządu odpowiedzialna za program.

Organizacja podaje, że ma obecnie listę ponad 500 aktów własności w związku z majątkiem zrabowanym w czasie holokaustu.

W specjalnym nagraniu premier Izraela Benjamin Netanjahu zapewnił o swoim poparciu dla komisji. Zaznaczył przy tym, że jej członkowie “walczą z czasem”, bo z biegiem lat coraz mniej jest osób ocalałych z holokaustu.

Jak informowały kilka tygodni temu media izraelskie, walka z restytucją mienia pożydowskiego nie idzie łatwo nawet w Izraelu. Dopiero 70 lat po wojnie podpisana została ugoda banku Leumi (niegdyś Anglo-Palestine Bank) i Komitetu ds. Restytucji Mienia Ofiar Holokaustu. Bank, który bezprawnie przejmował konta żydów zamordowanych w holokauście, zwrócił 130 milionów szekli (równowartość ponad 100 milionów złotych).

żar/Tvn24.pl

Tajemnicze losy polskiego złota

Podczas II wojny światowej Niemcy zagrabiły Polsce prawie 139 ton złota.

Zasadność tych roszczeń potwierdziła powołana 27 września 1946 roku przez rządy USA, Wielkiej Brytanii i Francji Komisja Trójstronna dla Restytucji Złota Monetarnego z siedzibą w Brukseli. Zgodnie z prawem międzynarodowym złoto powinno wrócić do Polski, jednak od 1948 roku stanowi depozyt USA, Wielkiej Brytanii i Francji w Bank of England w Londynie.

- Gdy złoto wywiezione z Polski do Niemiec zostało odzyskane, decyzją rządów trzech koalicjantów: USA, Wielkiej Brytanii i Francji zdeponowano je, czyli złożono na przechowanie w banku w Londynie. Jego wartość wynosi obecnie około 14,3 mld zł, nie licząc wielokrotnie wyższych od jego wartości odsetek i zysków z operacji finansowych, w których było wykorzystywane. Polacy mają prawo wiedzieć, co dzieje się z ich narodową własnością o ogromnej wartości. Dlaczego ta sprawa do dziś stanowi temat tabu? – pyta Wiesław Serwach z Kołobrzegu, który od czterech lat próbuje bezskutecznie zainteresować nią polskie władze.

Zagrabione przez Niemców, zawłaszczone przez aliantów

Jak wyliczyli historycy, tylko na obszarze Generalnego Gubernatorstwa do początku 1940 r. Niemcy zabrali z polskich sejfów bankowych dewizy i różne kosztowności (także biżuterię) o wartości 2 238 149 ówczesnych marek niemieckich. Samych metali szlachetnych wywieziono do Niemiec 28 ton. Przez następne pięć lat wojny - do 1945 r. zagrabili wielokrotnie więcej.

Zgodnie z prawem międzynarodowym, restytucja tego złota jest nieuregulowaną dotychczas sprawą związaną z odszkodowaniami wojennymi. Niemcy już kilka lat po wojnie wywiązały się całkowicie z zobowiązań wobec wszystkich państw zachodnioeuropejskich i Izraela (kompensaty finansowe i reparacje) oraz ich obywateli w zakresie roszczeń cywilnoprawnych. Tymczasem wobec strony polskiej – państwa i obywateli – mają poważne zaległości. W myśl prawa międzynarodowego roszczenia państwa poszkodowanego o odszkodowania wojenne nie ulegają – podobnie jak zbrodnie wojenne – przedawnieniu. Zasadność polskich roszczeń potwierdziła powołana 27 września 1946 r. przez rządy USA, Wielkiej Brytanii i Francji specjalna komisja pod nazwą: Komisja Trójstronna dla Restytucji Złota Monetarnego z siedzibą w Brukseli, będąca efektem odbytej na przełomie listopada i grudnia 1945 r. w Paryżu konferencji reparacyjnej poświęconej problemowi odszkodowań od Niemiec. Zgodnie z jej postanowieniami powstał wspólny fundusz (pula), z którego miał nastąpić przydział złota proporcjonalnie do strat poniesionych przez państwa poszkodowane przez Niemcy z powodu dokonanych przez nie grabieży i zaboru mienia.

Milczenie premiera Tuska

- Komisja Trójstronna przesłała do wypełnienia wszystkim zainteresowanym państwom opracowany przez siebie kwestionariusz. Dysponują nimi rządy USA, Wielkiej Brytanii, Francji i oczywiście Polski. Premier Donald Tusk powinien go bezzwłocznie publicznie ujawnić, biorąc pod uwagę wagę sprawy. Tymczasem premier Tusk i jego rząd od dwóch lat nabrali w tej sprawie wody w usta - mówi „GP” Wiesław Serwach, który wysłał dwa pisma w tej sprawie do premiera Tuska. Napisał także do prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Jego pismo Kancelaria Prezydenta przekazała 26 lutego 2008 r. ministrowi finansów z prośbą o „dokonanie analizy problemu i poinformowanie o zajętym stanowisku Kancelarii Prezydenta RP oraz autora listu”.

Po prawie siedmiu miesiącach milczenia ze strony ministra finansów Jana-Vincenta Rostowskiego Wiesław Serwach 12 października 2008 r. pisze w tej sprawie do prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego. 3 grudnia 2008 r. Kancelaria Prezydenta ponownie występuje do ministra Rostowskiego. - Mimo upływu roku minister nie reaguje, dając tym dowód swojej arogancji wobec polskich obywateli i lekceważenia głowy państwa polskiego – mówi Serwach.

Ofiarowali Polacy, rozgrabili komuniści

Zagrabione przez Niemców złoto to tylko część złotej epopei dotyczącej wojennych losów polskiego złota. Bulwersujące są losy złotego FON-u, czyli Funduszu Obrony Narodowej, który powstał przed wybuchem II wojny światowej w wyniku wielkiej ofiarności całego narodu polskiego. Polacy oddawali najcenniejsze rodowe kosztowności, by pomóc ojczyźnie w obliczu zbliżającej się napaści Niemiec hitlerowskich. Po wojnie zwrócony komunistycznym władzom przez jego administratorów, Polaków na uchodźstwie, został przez włodarzy PRL rozkradziony.

Jedna z wersji mówi, że powodem mordu na małżeństwie Jaroszewiczów 1 września 1992 r. była jego wiedza o pozostałym z rabunku złocie FON. To właśnie Piotr Jaroszewicz w 1977 r., jako premier rządu, powołał zespół, który miał zająć się selekcją i zagospodarowaniem skarbu. Dobrowolne ofiary społeczeństwa na dozbrojenie armii - były precedensem na skalę światową. Społeczeństwo na apel władz zareagowało spontanicznie i w olbrzymiej skali.

Gdy wybuchła II wojna światowa skarb przewieziono do Marsylii, gdzie został przekazany władzom RP, które rezydowały pod Paryżem. Po upadku Francji część majątku zdołano ewakuować na Wyspy Brytyjskie. Podczas II wojny światowej rząd polski na uchodźstwie kontynuował zbiórkę na FON, głównie wśród Polonii amerykańskiej i kanadyjskiej.

W 1945 r. władze RP przeznaczyły FON na pomoc dla byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych, AK i innych formacji podziemia w kraju oraz pozostałych po nich rodzin.  W 1975 r. skarbem we Francji zainteresowały się władze PRL. Edward Gierek, ówczesny I sekretarz PZPR, wykorzystując prywatne znajomości z premierem Francji Valerym Giscard d’Estaing uzyskał zgodę na zwrot polskiego depozytu. Złoto zaś, które w grudniu 1944 r. dotarło do Londynu, w maju 1945 r. przekazane zostało VI Oddziałowi (Specjalnemu) i przejęte przez pułkowników Mariana Utnika, Stanisława Nowickiego oraz Ignacego Chwiałkowskiego. Ów „Komitet Trzech” postanowił przekazać w tajemnicy i wbrew rządowi emigracyjnemu zasoby złote FON władzom komunistycznym w kraju.

W 1949 r. Sejm podjął uchwałę o likwidacji Funduszu Obrony Narodowej jako instytucji. Tymczasem w skarbcu NBP leżały depozyty FON-u. Ci, którzy przekazali złoto FON do kraju, zostali podstępnie aresztowani pod zarzutem szpiegostwa, działania na rzecz imperialistów i próby obalenia ustroju siłą. Stanęli przed komunistycznym sądem w tzw. procesie Tatara. Skazano ich na kary od 15 lat więzienia do dożywocia. Przeżyli w więzieniach prawie 7 lat.

Roztrwonione rezerwy przedwojennego złota

Podobny los jak złoto FON spotkał rezerwy złota zgromadzone przed wojną przez Bank Polski. Według danych z sierpnia 1939 r., Bank Polski posiadał złoto w sztabach w ilości blisko 38 ton i wiele złotych monet. 1 września 1939 r. zasoby złota Banku Polskiego były warte 463,6 mln złotych. W obliczu nadciągającej wojny część złota postanowiono wywieźć do oddziałów terenowych we wschodniej części kraju. Sztaby wartości 170 mln zł przechowywano w Brześciu nad Bugiem, Lublinie, Siedlcach i Zamościu, a złoto wartości ponad 100 mln zł znajdowało się w depozytach Banku Polskiego ulokowanych od dawna za granicą, głównie w Banku Francji, Banku Anglii oraz bankach amerykańskich i szwajcarskich.

Los rezerw polskiego złota opisał szczegółowo Janusz Wróbel w publikacji łódzkiego IPN. Transport złota dotarł kolejno do Rumunii, Turcji, Syrii, Bejrutu i Tulonu, gdzie je wyładowano. W maju 1940 r., kiedy Niemcy najechały na Francję, polskie złoto wywieziono do Maroka. W Londynie, gdzie działał polski rząd na uchodźstwie, starano się złoto z Afryki odzyskać i przetransportować do Ameryki. Polscy urzędnicy bankowi dotarli do Afryki w styczniu 1944 r. Złoto przewieziono do fortu w Dakarze. Rząd polski na uchodźstwie zdecydował, by jego część zdeponować w Anglii, a resztę w Ameryce. W Polsce powstał komunistyczny Rząd Tymczasowy. Komuniści nabrali apetytu na złoto Banku Polskiego. W 1946 r. władze PRL weszły w jego posiadanie, pozostawiając je w depozytach w tamtejszych bankach. Jak pisze historyk Jan Wróbel, urzędnicy z Banku Polskiego i rząd na uchodźstwie nie zrobili w zasadzie nic, aby przeszkodzić komunistom w przejęciu złota.

W 1952 r. zlikwidowano Bank Polski. Jego funkcję przejął utworzony przez komunistów Narodowy Bank Polski. Rolę głównego dysponenta polskiego złotego skarbu odgrywał odtąd Hilary Minc, jeden z najbliższych współpracowników Bolesława Bieruta. Gdy trzeba było za granicą zrobić poważniejsze zakupy, Minc spieniężał kolejne partie polskiego złota. W ten sposób bardzo szybko złoto roztrwoniono, nie informując o tym nawet społeczeństwa.

Źródło: Leszek Misiak (Gazeta Polska)

Wajda podle łgał w "Popiele i diamencie"

Prawdziwy Maciek Chełmicki nie zginął na śmietniku historii.

Łażący Łazarz - Zwykły obywatel, bloger, prawnik i redaktor naczelny Nowego Ekranu

Chciałbym wam dzisiaj przypomnieć żołnierza, którego m.in. mój dziadek Edward Paszkiel "Pozew" uwolnił z łap NKWD biorąc udział, pod dowództwem Antoniego Hedy (ps. "Szary", "Antek") w akcji rozbicia  komunistycznego więzienia w Kielcach (w nocy z 4/5 sierpnia 1945), w którym UB i sowieccy funkcjonariusze "Smiersza" osadzili 374 polskich więźniów.

Chodzi mi o Stanisława Kosickiego ps. "Czarny", "Bohun" (ur. w 1927 - zm. 1997) – harcerza Szarych Szeregów i żołnierz Kedywu AK.

To on był prawdziwym pierwowzorem Maćka Chełmickiego - bohatera powieści "Popiół i diament".

Wydarzenie, które zadecydowało o dalszym życiu Kosickiego miało miejsce 16 stycznia1945 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim. W dniu tym Armia Czerwona wkraczała do miasta, a młody, 18-letni, wówczas AK-owiec Stanisław Kosicki został wysłany przez swoje dowództwo na pomoc pewnej napadniętej rodzinie związanej z konspiracją. Na miejscu doszło do wymiany strzałów z napastnikiem, który trafiony przez Kosickiego trzema kulami zmarł w szpitalu. Wydarzenie to postawiło na nogi cały aparat bezpieczeństwa na Kielecczyźnie, ponieważ zabitym był kapitan sowieckich służb specjalnych i świeżo mianowany wojewoda kielecki - Jan Foremniak. Foremniak był jednocześnie przyjacielem szefa WUBP w Kielcach, Władysława Spychaja-Sobczyńskiego.

Stanisław Kosicki zmuszony został do ucieczki, pieszo i okazją, do Krakowa, gdzie udało mu się dotrzeć razem z ukochaną kobietą. Tam musieli się rozdzielić, Stanisław znalazł kryjówkę w klasztorze kapucynów, jednak osoba na Kielecczyźnie, która znała miejsce jego pobytu, zdradziła go. Wkrótce został aresztowany i przewieziony do kieleckiego więzienia, gdzie bez udziału adwokata i prawa do apelacji skazano go na karę śmierci. Na egzekucję oczekiwał wiele tygodni w celi śmierci nie znając jej terminu.

We wspomnianą wyżej noc z 4 na 5 sierpnia 1945 oddział partyzancki Antoniego Hedy rozbił kieleckie więzienie i uwolnił kilkuset więźniów, w tym także Stanisława Kosickiego. Wkrótce otrzymał on fałszywe dokumenty na nazwisko Jan Szymański i wyjechał na Wybrzeże, gdzie skończył studia, założył rodzinę i rozpoczął karierę naukową. Dopiero w 1954 roku został zdemaskowany i ponownie aresztowany, ale ponieważ posiadał dokument amnestyjny, został zwolniony z aresztu po 12 godzinach. Rozpoczęły się jednak inne wieloletnie represje polegające m.in. na wyrzucaniu z pracy i nieustannym śledzeniu. SB uzyskało nawet tajemny wpływ na jego żonę, doprowadzając do rozwodu, rozbicia rodziny i utraty kontaktu z dziećmi.

Inna wersja jego losów mówi, że:

Skazany na śmierć za zastrzelenie szabrownika schronił się na Mazurach, gdzie po skorzystaniu z amnestii i powrocie do swojego prawdziwego nazwiska skończył studia i rozpoczął pracę w Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach, badając ekologię wrotków.

Faktem bezspornym jest jednak to, iż dopiero w wieku 66 lat Stanisław Kosicki doczekał się unieważnienia wyroku, wtedy też uzyskał dostęp do swoich akt i poznał nazwisko osoby, która zginęła od jego kul, a także swojego śledczego.

Do popularyzacji Stanisława Kosickiego przyczynił się Krzysztof Kąkolewski swoją książką pt. "Diament odnaleziony w popiele", w której dowodzi, że powieść Jerzego Andrzejewskiego była propagandową mistyfikacją, a wydarzenia autentyczne bardzo różniły się od fabuły "Popiołu i diamentu" oraz, że autentyczna i jednoznacznie negatywna postać Jana Foremniaka miała niewiele wspólnego z budzącym współczucie komunistą Stefanem Szczuką w powieści Andrzejewskiego.

Inaczej niż realny Stanisław Kosiecki, Maciek Chełmicki został przez Andrzejewskiego usmiercony w swoim powieścidle. Natomiast tylko służalstwu Wajdy wzgledem reżimu "zawdzięczamy" haniebną śmierć bohatera wśród smieci i odpadków na miejskim śmietnisku.

W mojej opinii (ŁŁ) "Popiół i Diament" (zarówno książka jak i film) był jedną z najbardziej szkodliwych i niszczycielskich opowieści, silnie utrwalajacą obraz beznadziei walki AK, śmietnika historii, głupiej wojny z komunistami i afirmujacą poczciwość oraz dobre intencje funkcjonariuszy UB i członków PPR. Sama scena śmierci jest tak nakręcona, by widz współczuł umierajacemu na poziomie litości do zdychajacego odpadu społecznego w rodzaju dziada-żebraka. Mnie ta scena kojarzy się także z kwikiem replikantki klasy Nexus ginacej z rąk Blade Runnera. Szczęściem dehumanizujące kłamstwo Wajdy miało za krótkie nogi.

Włoski historyk: Cesarstwo Rzymskie upadło z powodu „zarazy homoseksualizmu i zniewieściałości”

 2011-04-13 2:07 pm

Prof. Roberto de Mattei, który otrzymał watykańskie odznaczenie „Order Rycerski” za zasługi w służbie Kościoła katolickiego, zszokował środowiska lewicowe mówiąc, że Cesarstwo Rzymskie upadło z powodu „zarazy homoseksualizmu i zniewieściałości”. Wskutek tego barbarzyńskie hordy z łatwością mogły dokonać podboju.

Prof. de Mattei powiedział we włoskim „Radio Maryja”, że Cesarstwo Rzymskie zostało osłabione po zdobyciu Kartaginy, która była „rajem dla homoseksualistów”. Historyk dodał, że Kartagina stała się wylęgarnią seksualnej perwersji, stopniowo wpływającej na Rzym, który ostatecznie uległ barbarzyńskim hordom w 410 r. Historyk odniósł się również do zepsucia moralnego współczesnych Włochów, dostrzegając liczne podobieństwa z upadkiem moralnym obywateli Cesarstwa Rzymskiego. „Dzisiaj żyjemy w czasach, w których najgorsze występki są wpisane w prawa człowieka. [...] Za każde zło trzeba odpokutować albo w życiu doczesnym, albo po śmierci” – powiedział prof. de Mattei.

 Słowa historyka oburzyły polityków i część naukowców. Ci ostatni zebrali 7 tys. podpisów pod petycją domagającą się jego natychmiastowej rezygnacji z funkcji wiceprzewodniczącego „Włoskiej Narodowej Rady Naukowej”. – Taki fanatyk jak on nie może pozostawać wiceprzewodniczącym Rady Naukowej, która ma niejako w swoje serce wpisane kulturę praw człowieka i szacunek dla różnorodności. On jest po prostu homofobicznym fundamentalistą na równi z prezydentem Iranu Ahmadineżadem – powiedziała Anna Paola Concia z Partii Demokratycznej. Natomiast Massimo Donadi z partii Włochy Wartości stwierdził, że de Mattei jest homofobem.

„The Daily Telegraph” przypomniał, że prof. Roberto de Mattei już wcześniej „wywołał kontrowersje”, wypowiadając się przeciw prawom homoseksualistów, pigułkom antykoncepcyjnym i prześladowaniu chrześcijan przez muzułmanów w Kosowie oraz w Libanie.

Ł.A/TheDailyTelegraph

PRZYCZYNY AWARII W ELEKTROWNI ATOMOWEJ FUKUSHIMA

Zawsze sądziłam, że Japonia to kraj optymalnie zarządzany.

Tymczasem teraz, kiedy ujawniają się przyczyny awarii elektrowni nuklearnej w Fukushima - nagle okazuje się, że w dziwny sposób korupcyjno-biurokratyczne układziki przy władzy  przypominają to, co znamy z Europy, a jeszcze lepiej z własnego podwórka.

Ze względu na niechęć Japończyków do energii nuklearnej oraz z powodu kryzysu ekonomicznego Japonia ma kłopoty z budową nowych elektrowni atomowych.
Jest też niechętna kosztownemu importowi paliw kopalnych.
W związku z tym właściciele istniejących elektrowni skutecznie lobbują, aby przedłużyć im licencje ponad 40-letni ustawowy limit.  

W ciągu następnej dekady 13 reaktorów – oraz pięć pozostałych w elektrowni Fukushima – przekroczą 40-letni okres użytkowania i będą wymagać niebotycznych kosztów wymiany. Gdyby nie awaria w Fukushimie - rząd z pewnością przedłużyłby im licencje. 

Ukrywanie awarii w elektrowniach atomowych charakteryzuje działalność wszystkich kompanii energetycznych, jako że wszystkie mają problemy finansowe. W Japonii jest zaś ponad 50 elektrowni atomowych.

W 2004 roku w elektrowni atomowej w Kansai Electric’s na skutek nie przestrzegania zasad bezpieczeństwa dopuszczono do pęknięcia skorodowanej rury, na skutek czego zginęli czterej pracownicy. 

Dopiero w 2007 roku Hokuriku Electric Power Co. wyjawiła, że należąca do nich elektrownia atomowa w Shika miała poważną awarię w 1999 roku.

W 2007 roku w elektrowni atomowej w Kashiwazaki podczas trzęsienia ziemi uszkodzone zostały pojemniki z zużytym paliwem – na 400 pojemników, zawartość 40-u przedostała się do gleby

Niewystarczająca kontrola elektrowni atomowych wynika z konfliktu interesów: Agencja Bezpieczeństwa Atomowego i Przemysłowego (Nuclear and Industrial Safety Agency) jest podwładnym Ministerstwa Gospodarki, Handlu i Przemysłu, w którego interesie jest promowanie przemysłu nuklearnego. Elektrownie atomowe zapewniają Japonii jedną trzecią energii. Eksperci najmowani do kontroli przez Agencję nie są sklonni kwestionować sugestii przełożonych. 
Ministerstwo poza tym ma lukratywne kontrakty z TEPCO i innymi operatorami elektrowni. 

TEPCO zostało założone w 1951 roku, aby zaopatrywać w energię elektryczną Tokyo. Pierwszy z siedemnastu  reaktorów zaczął pracować w 1971 roku. Jest to największa z dziesięciu kompanii zaopatrujących w energię Japonię i czwartą co do wielkości na świecie. Zatrudnia 38 tys.pracowników i obsługuje 28,6 miliona użytkowników.

W 2003 roku kontrolerzy zmusili TEPCO do zawieszenia działania 10 reaktorów w dwóch elektrowniach w prefekturze Fukushima i 7 reaktorów w prefekturze Niigata – stało się to na skutek doniesienia o fałszowaniu protokołów inspekcji przez TEPCO oraz ukrywaniu przez 16 lat informacji o awariach, aby zaoszczędzić na kosztach remontów.

Z powodu zwiększonej konkurencyjności oraz konieczności zamknięcia elektrowni w Kashiwazaki po trzęsieniu ziemi w 2007 roku - od 2008 akcje TEPCO straciły na wartości 869 milionów dolarów. 
Mimo że w następnych latach TEPCO z powrotem stała się zyskownym przedsiębiorstwem, aby ograniczyć koszty napraw, właściciele elektrowni atomowej w Fukushima zatajali wszelkie informacje o awariach.

Już w 2000 roku, specjalny kontroler poinformował komisję o pęknięciach w osłonach ze stali nierdzewnej, które okrywają rdzenie reaktora. Tym niemniej nie spowodowało to zamknięcia reaktora.

Dosłownie na miesiąc przed trzęsieniem ziemi i tsunami, które uszkodziło elektrownię atomową Fukushima Daiichi – czyli w lutym 2011 rządowi kontrolerzy zatwierdzili 10-letnie przedłużenie licencji dla najstarszego z sześciu reaktorów tamże – i to pomimo ostrzeżeń o jego stanie.
Komisja kontrolująca przedłużenie licencji na użytkowanie zwróciła uwagę jedynie na uszkodzenia mechaniczne wspomagających generatorów diesla  w reaktorze nr 1. Pęknięcia w obudowie powodowały korozję urządzeń poprzez dostęp do nich wody morskiej i deszczowej.
Generatory te zostały zresztą zniszczone przez tsunami, na skutek czego został wyłączony system chłodzenia.

Jednak - jak przyznał operator elektrowni Fukushima - podczas inspekcji nie skontrolowano 33 elementów wyposażenia związanych z systemem chłodzenia m.in.pomp wodnych i generatorów diesla.

Pomimo wyrażonych wątpliwości komisja kontrolująca zarekomendowała przyznanie 10-letniej licencji dla reaktora nr 1 zbudowanego przez General Electric i działającego od 1971 roku. Właściciel elektrowni rekomendował nawet przedłużenie licencji o 20 lat, co by przedłużyło ustawowy limit z 40 do 60 lat..

Grupy ekspertów rzadko są skłonne podważać decyzje agencji rządowych, które ich najmują. 
Zatwierdzając licencję przedłużającą działanie reaktora eksperci zalecili tylko monitorowanie pod kątem promieniowania pojemników ciśnieniowych reaktora, gdzie znajdują się pręty paliwowe. Poza tym zwrócili uwagę na korozję spryskiwaczy używanych do zlewania komory ciśnieniowej, korozję rygli zaworów (key bolts) bloku reaktora oraz kłopoty z miernikiem przepływu wody do reaktora.

Mitsuhiko Tanaka, inżynier projektujący reaktory twierdzi, że te w Fukushimie są przestarzałe, a szczególnie wadliwe są ich zbyt małe komory ciśnieniowe, które zwiększają ryzyko zwiększenia ciśnienia w reaktorze. Wada ta została wyeliminowana w reaktorach nowszej generacji.
Po tsunami operatorzy elektrowni zmniejszyli ciśnienie w reaktorach po prostu wypuszczając w powietrze radioaktywną parę i skażając żywność i wodę w okolicy.

Tym razem Tepco przez ponad godzinę po wybuchu nie poinformował oficjalnie o katastrofie. Rząd dowiedział się o niej z telewizji.

To też mi coś przypomina z naszego podwórka.

(opracowane na podstawie: The New York Times/ Inernational Herald Tribune
Global Edition Asia Pacific HIROKO TABUCHI, NORIMITSU ONISHI, KEN BELSON)

 

Fukushima - "brudna eksplozja nuklearna" - jawa czy sen?

 

Znakomity, fachowy artykuł blogera 2-AM opublikowany  21 marca, 2011 - 11:08 na  Niepoprawnych.



Jak przed chwilą podano (godz. 10 21/03/2011) za PAP w elektrowni Fukushima w reaktorze nr 3 rozpoczęła się emisja szarego dymu.
Dzielny operator elektrowni firma TEPCO (wygląda na to że od lat fałszowała raporty bezpieczeństwa i obowiązkowe przeglądy elektrowni) ewakuowała wszystkich pracowników. Szary dym w reaktorze nr 3 to mówiąc delikatnie bardzo nie miła wiadomość "Dym nad reaktorem 3-ewakuacja". Do tej pory pojawiały się tylko emisje skażonej odpadami radioaktywnymi (głownie jod, być może cez i stront) pary wodnej pochodzącej z parowania wody morskiej, którymi zalewano rozpalone reaktory. Oprócz pary wodnej w powietrze szły chmury wodoru (najpewniej promieniotwórczego trytu) powstającego w wyniku reakcji chemicznych słonej wody z zalewanymi stosami atomowymi. Chmury emisji z elektrowni szły w kierunku wschodnim nad Pacyfik i dziś są już najpewniej na terytorium USA i Kanady i zmierzają do Europy. Oczywiście brak wiarygodnych informacji na temat poziomu skażenia radioaktywnego niesionych chmur i rodzajów związków promieniotwórczych roznoszonych wiatrem (jedni przestają wyświetlać informacje o skażeniu „bo ludzie i tak tego nie rozumieją i nie ma co siać paniki” a innym (w USA) psują się serwery (za dużo wejść albo zalecenie by wyłączyć prezentacje wyników :) . Oznacza to że albo ktoś wyszedł z założenia że sytuacja nie jest groźna i szkoda „ciemny lud” niepokoić szczegółami których i tak nie zrozumie albo że nie ma co wzbudzać paniki bo „ciemny lud” niedługo i tak będzie „ludem jasnym” znaczy świecącym i nic tego nie zmieni. Jak tam będzie to niedługo się dowiemy.

 
Dodajmy że od ponad 48h karmią nas informacjami jak to udało się podłączyć linie zasilającą do poszczególnych bloków reaktorów co pozwoli na włączenie systemów schładzania reaktorów. Jednak brak jest komunikatów o tym że na linie podano zasilanie (ktoś znalazł taką informacje ?) i że chłodzenie działa. Znaczy są jakieś kłopoty z jego włączeniem (może jest zniszczone i żaden prąd już nie pomoże ?)

 
Największy problem stanowi reaktor nr 3 bo wokół niego znajdują się baseny z zużytym paliwem atomowym a tym paliwem jest groźny pluton (czas połowicznego rozpadu jakieś 87lat). Pluton jest o tyle nie przyjemny że oprócz długiego czasu połowicznego rozpadu emituje intensywne promieniowanie alfa. Jest też bardzo toksyczny (coś jak Polon przetestowany na Litwinience). Wchłonięcie do organizmu najmniejszych mikro drobin tego pierwiastka (np. do płuc z wdychanym powietrzem) jest gwarancją osadzenia się go w kościach i rozwoju choroby popromiennej ze skutkiem łatwym do przewidzenia. Nie wiadomo czy informacja cytowana za AP jest wiarygodna ale jeśli jest prawdziwa to w elektrowni w 7 basenach znajduje się ok. 3700 ton zużytego paliwa zawierającego pluton (+ 877 ton paliwa w pracujących reaktorach) co ilościowo odpowiada 24-krotnie większej liczbie paliwa jądrowego niż w pamiętnej elektrowni Czarnożylskiej

 
Z komunikatu wynika że w panice wycofano ludzi a z nad reaktora 3 zaczyna wydobywać się szary dym. Znaczy jest to coś innego niż dotychczasowe emisje. Nie można wykluczyć że oznaczać to może przygrywkę do „brudnej eksplozji nuklearnej” plutonu w zużytym paliwie. Sama eksplozja nie będzie miała wielkiej energii w porównaniu ze współczesnymi ładunkami nuklearnymi ale poziom skażenia promieniotwórczego przez rozrzucone zanieczyszczenia będzie nie notowany i najpewniej porównywany a może i wielokrotnie większy ze zdetonowaniem wszystkich arsenałów atomowych pozostających w rękach „państw atomowych”.


Jeśli do tego dojdzie w atmosferę pójdą tony radioaktywnych pyłów, przy których dotychczasowe emisje są niewinnymi bąkami puszczanymi przez noworodka. Jeśli tak się stanie to katastrofa z Czarnobyla będzie miała status takiego niewinnego bąka. W przypadku gdyby doszło do eksplozji nuklearnej zużytego paliwa i emisji ton radio-śmieci w atmosferę nasz los będzie praktycznie przesądzony i to nie zależnie gdzie znajdziemy się na kuli ziemskiej. Dlatego pozostaje nam tylko modlić się gorąco aby to co może się wydarzyć nie wydarzyło się a w wolnej chwili obejrzeć po raz kolejny „Ostatni brzeg”..

Update z ostatniej chwili:

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) po porannym przebudzeniu się (gdzie oni byli od tygodnia ?) twierdzi że radiacja w jedzeniu jest poważnym problemem ("PAP - komunikat WHO na temat Japonii") i nie ogranicza się do strefy kwarantanny (30 km) wokół elektrowni. Posługują się przy tym określeniami „sytuacja jest o wiele poważniejsza, niż ktokolwiek się spodziewał”. Może zamiast opowiadać takie dyrdymały zechcieli by łaskawie podać poziom skażenia poszczególnych produktów z poszczególnych obszarów terytorium Japonii i innych państw gdzie mają takie problemy?


Pytanie - jaki będzie zasięg skażenia żywności w Japonii i poza nią? Czy już niedługo worek ryżu czy mąki (nie skażony opadem radioaktywnym) będzie cenniejszy niż worek złota ?

 

 

Wcześniejsze artykuły można pobrać w dziale „pliki” – „Warto przeczytać – przedruki cz.1”

 

 

 

Ostatnia aktualizacja: Stefan Buchholz, 02.05.2011